30 października 2004

„Wielkie ziele w szczerym polu”

autor: Robert Siata | czytano: 16857 razy | komentarze: 0 | opublikowano w: Załoga G.pl

Rzecz nie tylko o pisaniu powieści, ale również o fantastyce naukowej, Wielkim Drzewie, kosmitach, genetyce, testach Turinga, duszy i religii. Między innymi oczywiście.

Biolog, genetyk, artysta i romantyk w jednym. Pisarz. Wielbiciel fantastyki, Lema i braci Strugackich. Autor trylogii Yggdrasill, której pierwszy tom - Uśpione Archiwum - recenzowałem ponad rok temu. Tyle w największym skrócie można napisać o moim dzisiejszym rozmówcy. Załoga G objęła patronatem medialnym najnowszą powieść W. Podrzuckiego. Z tej okazji, na kilka dni przed premierą Kosmicznych Ziaren, postanowiłem gruntownie przepytać szanownego autora. Uprowadziłem, zaświeciłem lampą w oczy. Wystarczyło. W. Podrzucki zaczął sypać…

Robert 'Bert' Siata: Biologia molekularna i genetyka. Dla większości ludzi terra incognita, wyższe wtajemniczenie, dziedziny kojarzone z zabawą w Boga, klonowaniem owiec i kukurydzą bardziej żółtą niż zwykle. Ucieleśnione science-fiction. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Pana zawód miał wpływ na to, co Pan czyta i pisze. A może było odwrotnie? Może wizje, z którymi spotkał się Pan u braci Strugackich czy u Stanisława Lema ukierunkowały Pana "genetycznie poprawnie"? Jednym zdaniem: jak to się stało, że narodził się Podrzucki - czytelnik fantastyki?

Wawrzyniec Podrzucki: Raczej dość zwyczajnie. Do siódmego roku życia interesowały mnie tylko rowerki, robienie proc z gumek od weków, gonienie z kumplami po krzakach i temu podobne normalne rozrywki. A potem Amerykanie wylądowali na Księżycu i przez następne dwa dni chodziłem jak w gorączce. Oznajmiłem kategorycznie rodzicom, że jak dorosnę, zostanę kosmonautą. Ojciec wyrozumiale zgodził się ze mną, dodał tylko, że nie wystarczy samo chcenie, trzeba jeszcze coś wiedzieć na temat. Zacząłem więc czytać o kosmosie wszystko, co wpadło mi w ręce, w tym "Astronautów" Lema. W wieku ośmiu lat niewiele z tej książki pojąłem, ale fascynacja fantastyką naukową i samą nauką została już we mnie rozbudzona na dobre i nie było od niej odwrotu.

Powiedziałem fascynacja nauką, co wcale nie oznacza, że od razu biologią molekularną czy genetyką. Szczerze wyznam, że przez długi czas do biologii miałem głęboko niechętny stosunek, a z lekcji w podstawówce pamiętam jedynie ogryzki i skórki od pomarańczy, którymi rzucaliśmy w panią od przyrody. No i jeszcze ryby w akwarium, które niechcący ugotowaliśmy z kolegą… :) Innymi słowy to, co w szczenięcych latach czytałem, nie miało w zasadzie żadnego wpływu na mój późniejszy wybór profesji. I vice versa - to, czym się zawodowo zajmuję nijak się ma do moich preferencji literackich. Albo inaczej: ma się odwrotnie proporcjonalnie.

Najchętniej biorę do ręki SF pisane przez fizyków, to "najtwardsze" z możliwych, kocham też dobrą, inteligentną i sprawnie napisaną space-operę. Natomiast fantastyki z biologicznym, genetycznym czy ekologicznym motywem przewodnim zwyczajnie nie lubię. Jest to paradoks tylko z pozoru. Dlaczego? Otóż chyba żadna inna dziedzina nauki nie daje takiego pola do popisu dla kiepskich pisarzy i jeszcze gorszych scenarzystów, jak właśnie genetyka. Trochę się na tym znam, toteż za każdym razem kiedy czytam, bądź słyszę bełkot w rodzaju: "Dokonaliśmy splicingu i wszczepiliśmy dwanaście zmutowanych genów cistronowych, po jednym chromosomie na osobnika", moje zawodowe "ja" cierpi katusze. No i te potwory, te wszystkie niemożliwe krzyżówki, karaluchy jak słonie i krwiożercze pomidory to doprawdy więcej, niż moja biedna przepona może znieść. Żeby być uczciwym powiem, że zdarzają się tu również pozycje na zdecydowanie wyższym poziomie, jak choćby "Cyteen" autorstwa C.J. Cherrych, gdzie "science" godnie dotrzymuje kroku "fiction". Cóż z tego, skoro podczas ich lektury zwyczajnie się nudzę?

R'B'S: Rozumiem, że i zmutowane kraby odpadają? :) Guy N. Smith popełnił kilka wyjątkowo marnych horrorów z przedstawicielami tego gatunku. Były też zmutowane krwiożercze ślimaki, węże, żaby etc. - generalnie, całkiem spora garmażeria.

WP: Mało tego, była nawet zmutowana, inteligentna ropa naftowa i wirus polio, który po przeróbkach stał się wirusem komputerowym, zmieniającym ludzi przy bankomatach w gipsowe statuetki! Słowo daję, czego to jeszcze ludziska nie spłodzą dla grosza...

R'B'S: O tak! Mogliśmy się o tym przekonać na własne oczy, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych na rynku pojawiła się cała masa taniej fantastyki klasy B - nie, Zet właściwie! - głownie horrorów. I tutaj moje pytanie: czyta pan horrory? Lubi Pan ten gatunek? A co z inną literaturą?

WP: Za horrorami generalnie nie przepadam, chociaż po E. A. Poe czy dobrą opowieść o duchach w starym stylu sięgnę z przyjemnością. King też ma swoje dobre momenty. Natomiast na wszelkie "Piątki 13", "Koszmary z ulicy Wiązowej" i temu podobne rzeczy patrzeć nie mogę. To jest rozrywka na poziomie średniowiecznej kaźni. Zresztą, po co wydawać pieniądze na film czy książkę? Wystarczy włączyć telewizor bez obaw, że nasze najniższe instynkty nie będą zaspokojone. Media dbają o regularną podaż okropności, krew leje się nam na oczy jak ze szlaucha, a biznes kręci w najlepsze. I to jest dopiero prawdziwy horror.

Czytam, co ja teraz czytam? Głównie literaturę faktu, eseje popularno-naukowe i źródła merytoryczne. Cóż, chcąc pisać SF trzeba być na bieżąco z nowościami, a te sypią się lawinowo. Niewiele pozostaje czasu na czytanie dla frajdy.

R'B'S: Co spowodowało, że poczuł Pan chęć nie tylko czytania fantastyki, ale również jej tworzenia?

WP: Myślę, że chęć pisania tkwiła we mnie od zawsze. A że z największym upodobaniem czytałem prozę fantastyczno-naukową nic dziwnego, że padło na SF. Poza tym była to dobra odskocznia od pisania sformalizowanych publikacji naukowych, czy innych tekstów pełnych akademickiego żargonu.

R'B'S: A skąd się biorą pomysły na dobrą fabułę? Zapełnianie kartek literkami to rzeczywiście dobra odskocznia od codzienności, ale jak robić to z sensem i intrygująco? Skąd biorą się te setki pomysłów?

WP: Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że zewsząd. Tu coś się podsłucha w środku komunikacji publicznej, tam przeczyta jakieś dziwaczne doniesienie w Internecie, kiedy indziej człowiekowi coś autentycznie natchnionego się przyśni. Czasami dość wyjrzeć za okno albo, siedząc w poczekalni u dentysty, na chwilę przymknąć oczy i pomysł już kiełkuje w głowie. Wszystko jest kwestią wyobraźni. Jeden człowiek spojrzy na kamień i zobaczy tylko kamień, a drugi meteoryt z ukrytym wewnątrz przesłaniem od Obcych lub okruch budowli, której twórcy odeszli z tego świata miliony lat temu. Czytanie fachowej prasy i doniesień o najnowszych osiągnięciach naukowo-technicznych też, rzecz jasna, inspiruje, ale to wszystko są tylko zalążki, jądra krystalizacji zaledwie. Trzeba to potem obtoczyć w mące, cukrze oraz przyprawach i mieszać pilnując, by nie zrobił się z tego zakalec.

Moja kuchnia pisarska nie ma żadnego magicznego sekretu. Ja właściwie nie piszę, lecz opisuję. Staram się zbudować scenę dla swojej opowieści na tyle drobiazgowo, bym ją zobaczył tak, jak znajome podwórko. Później już tylko relacjonuję to, co widzę i słyszę. Przysiadam sobie cichutko z boku, robię szkice i skrzętnie notuję podsłuchane rozmowy moich bohaterów. To oni niejako prowadzą mnie za rękę i pokazują mi swój świat.

R'B'S: A czy pisząc pierwsze zdanie swojej powieści wiedział Pan, jak ona się skończy?

WP: Nie, nie miałem pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie wędrówka po Drzewie. Ba, pisząc pierwszy akapit nie wiedziałem nawet, jak Drzewo naprawdę wygląda ani kim są ludzie, z którymi przyszło mi spędzić następny rok - Farquahart, Gerhard, Karawaniarz. "Uśpione archiwum" zaskakiwało mnie do ostatniego zdania.

R'B'S: W takim razie co popchnęło Pana do klawiatury? Fabuły nie było, bohaterowie dopiero się rodzili, gdzieś tam świtał pomysł o wielkich drzewach…

WP: Po prostu chciałem wreszcie coś napisać, ciągnęło mnie do tego już od bardzo dawna i po wielu falstartach ruszyłem w końcu z miejsca. Poza tym małżonka weszła mi na ambit twierdząc, że przy moim wrodzonym lenistwie nigdy mi się to nie uda. Musiałem ją więc przekonać, że się myli :)

R'B'S: Co zyskuje pisarz, świadomie rezygnując z bycia zaskakiwanym i wchodząc w skórę tego, którego zadaniem jest zaskakiwać? Rozumiem, że tworzenie powieści jest równie fascynujące, jak jej czytanie?

WP: Ależ ja z niczego nie rezygnuję! Jeśli ktoś napisze coś oryginalnego i porywającego, ma mnie w garści. Kiedy czytam, jestem czytelnikiem, kiedy piszę - pisarzem. To są dwie różne osoby, aczkolwiek nie przeczę, że od pewnego czasu ta druga bacznie przygląda się pierwszej. Bacznie, i nieco podejrzliwie. Czy aby Podrzucki-czytelnik nie będzie chciał czegoś narzucić Podrzuckiemu-autorowi? Wcisnąć mu czegoś ukradkiem albo postraszyć konkurencją? To chyba część ceny, jaką płaci pisarz; czytanie innych nagle zaczyna napawać jakimś lękiem - że ktoś cię wyprzedził i napisał to samo, tylko lepiej, że ulegniesz niezdrowej sugestii albo że ambicja, by prześcignąć peleton zabije w tobie twórczą świeżość. Pisanie to rzeczywiście fascynująca sprawa. Nie sądziłem jednak, że wymaga aż tak silnych nerwów.

R'B'S: Trudno w to uwierzyć, ale Pana pierwsza powieść - Uśpione archiwum - była zarazem debiutem literackim. Trudno w to uwierzyć, bo dzisiaj bywa inaczej: najpierw droga przez mękę w magazynach fantastycznych, publikowanie niezliczonej ilości opowiadań, potem ewentualnie wyróżnienie w postaci wydania powieści. Jak udało się Panu przekonać wydawcę do podjęcia ryzyka i wypromowania zupełnie nieznanego - na rynku fantastyki - nazwiska?

WP: Jest taka scena w "Va banque" Machulskiego, kiedy to Kwinto z Duńczykiem zastanawiają się, jak obejść instalację alarmową Kramera, na co Moks wtrąca się nagle zza ich pleców: "Wiem! Wchodzimy na bezczelnego, przystawiamy kasjerowi pistolet do głowy...". W moim wypadku nie wyglądało to aż tak dramatycznie, to znaczy nie wpadłem do siedziby wydawnictwa z manuskryptem w jednej ręce oraz granatem w drugiej i nie zakrzyknąłem od progu: opublikujcie moje rewelacyjne dzieło albo wyrwę zawleczkę! Ale i tak moje "wejście" stało się już chyba anegdotą.

Po napisaniu "Uśpionego archiwum" nie bardzo wiedziałem, co dalej. Komu to pokazać, do kogo z tym pójść? Żona znalazła w internecie stronę RUNY, jedynej, która przedstawiała się jako agencja promująca nowych autorów. Cóż mi szkodzi spróbować, pomyślałem i zadzwoniłem. Rozmowa była krótka: "Dzień dobry, napisałem książkę, taką a taką. Czy byliby państwo zainteresowani?" "Dobrze, niech pan przyniesie, zobaczymy" odrzekł nieco zakłopotany kobiecy głos. Pierwsze spotkanie też nie trwało długo. Ja, stremowany, oddałem maszynopis, a trochę zdezorientowana Anna Brzezińska odebrała go ode mnie i odłożyła na parapet, gdzie moja cegła straszyła ją ponoć jeszcze przez następny miesiąc. W końcu jednak zebrała się na odwagę i zaczęła czytać, a przeczytawszy uznała, ze tekst jest na tyle dobry, by go wydać. I to właściwie cała historia.

Wielkie Drzewo [autor ilustacji: W. Podrzucki]

Wielkie Drzewo [autor ilustacji: W. Podrzucki]

R'B'S: Uśpione archiwum - pierwsza część trylogii Yggdrasill - to książka wyjątkowa. Przede wszystkim: miejsce akcji. Wielkie Drzewo. Skąd taki pomysł?

WP: Recenzenci także zachodzą w głowę :) Jedni sugerują, że posiłkowałem się ideami Freemana Dysona, inni doszukują się zbieżności z "Cieplarnią" Aldissa. A tak naprawdę pomysł tkwił w mojej głowie od piętnastu lat i w swej pierwotnej formie zrodził się podczas jazdy pociągiem. Zobaczyłem w oddali komin jakiejś elektrociepłowni i pomyślałem sobie jak by to było niesamowicie, gdyby zamiast komina rosło sobie w szczerym polu jakieś gigantyczne ziele, na przykład genetycznie zmodyfikowany bambus czy jakieś drzewo. Cóż by to dopiero był za widok, jakaż turystyczna atrakcja! Dodam, że ani "Cieplarnia" ani cykl Hyperiona Dana Simmonsa nie były mi jeszcze wówczas znane.

R'B'S: Od razu nasuwa się pytanie: czy taki twór (Drzewo) mógłby istnieć w rzeczywistości? Czy istnieją współcześnie metody pozwalające na stworzenie takiej roślinki?

WP: Nawet jeśli takie metody nie istnieją dziś, to daję głowę, że zaistnieją w przyszłości zgodnie z zasadą, że cokolwiek raz sobie wymyślimy, prędzej czy później zyska szansę realizacji w materialnym świecie. Zwiastuny już się zresztą pojawiają. Czytałem np. o pewnym euro-azjatyckim konsorcjum architektów, którzy całkiem poważnie myślą nad budową tzw. bionicznego domu. Miałaby to być wielokilometrowa konstrukcja wykazująca wiele cech żywego organizmu - reagowałaby aktywnie na środowisko, sama by się naprawiała, pobierałaby energię z naturalnych źródeł, m.in. ze Słońca, a nawet rosłaby dopasowując się do potrzeb mieszkańców. Coś jak pierwsza, prymitywna wersja struktur zaprojektowanych przez Helen Bjorg et consortes.

Natomiast to, czy Drzewa z "Yggdrasill" faktycznie kiedyś powstaną, to już oczywiście zupełnie inna sprawa. Raczej nie sądzę, bo w przeciwnym razie musiałbym uznać, że posiadam autentyczny dar jasnowidzenia. Póki co, żyją one jedynie w mojej wyobraźni i miejmy nadzieję, że nigdy poza nią nie wykroczą. :)

R'B'S: Tytuł Pańskiego trzytomowego dzieła - Yggdrasill - odwołuje się do mitologii nordyckiej. W mitologii tej Yggdrasil oznacza Drzewo Świata, olbrzymi jesion, na którym znajdowały się różne światy (więcej informacji na ten temat znajdziecie np. w Wikipedii). Wikingowie, Odyn, Thor - interesuje Pana ta mitologia? A może Yggdrasill to po prostu dobra nazwa dla powieści o Wielkim Drzewie?

WP: Bingo! Dokładnie tak, "Yggdrasill" pasowało mi jak ulał do treści książki, którą pisałem nie wiedząc, jaki będzie miała tytuł :). W najbardziej pierwotnej wersji (przed cięciami redakcyjnymi) był nawet króciutki prolog - streszczenie legendy o kosmicznym drzewie, o walce zamieszkujących je bóstw i o końcu świata, Raggnarok. Ale wydawnictwo uznało, że to zbyt "fantasy" i że mogłoby wprowadzić czytelników w błąd. Yggdrasill ostało się jako nazwa całego cyklu, i chyba tak jest lepiej. A mitologią interesuję się jak wieloma innymi rzeczami, nie jestem jednak jakimś zagorzałym pasjonatem.

R'B'S: Sposób poprowadzenia fabuły. Wraz z głównym bohaterem i jego przyjaciółmi poznajemy dziwny świat. Intrygujące, ale niebezpiecznie podobne do Władcy Pierścieni. Oto dzielna Drużyna wyrusza w Szlachetnym Celu w podróż pełną Niebezpieczeństw. Podobnie jak Frodo, Farquahart to początkowo spokojnie żyjąca i nie wadząca nikomu istota. Niepozorny hobbit decyduje się na ryzykowną podróż mając mgliste pojęcie o otaczającym go świecie - podobnie nasz konstabl. Analogii można szukać praktycznie wszędzie; ot, taki von Klosky, mentor i przełożony Thomasa, to przecież istny Gandalf. Czy te wszystkie podobieństwa są zamierzone?

WP: Bynajmniej. Pierwszy i ostatni raz czytałem trylogię Tolkiena w trzeciej klasie liceum i szczerze powiedziawszy nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć. Filmów nakręconych na jej podstawie też nie widziałem, więc trudno byłoby tu mówić o tolkienowskich wzorcach. Prędzej już porównałbym moich bohaterów do Luka Skywalkera i Bena Kenobiego, bo w Gwiezdnych wojnach zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Tylko jakoś Karawaniarza sobie z tamtej bajki nie przypominam :).

A tak bardziej serio, to po pierwsze nie da się chyba uniknąć pewnych powtórzeń i zapożyczeń, choćby podświadomie. Po drugie, konwergencja - podobne schematy i rozwiązania fabularne są niezależnie stosowane przez wielu autorów. Motyw podróży stosowany jest nader często, może nawet o wiele za często, zwłaszcza w fantasy, a że nie jestem z tym gatunkiem na bieżąco, nieświadomie wpadłem do szufladki z nalepką "powieść drogi". Poza tym była to dla mnie próba ognia: czy jestem w stanie napisać dużą, logicznie spójną i jednocześnie interesującą całość (która nie byłaby oczywiście tekstem akademickim). Można "Uśpione archiwum" potraktować jako wprawkę, ćwiczenie pisarskie i rozbieg do większych rzeczy. Coś jak prototyp, na którym testowałem zarówno swoją wyobraźnię jak i warsztat. W tych "testach" po prostu łatwiej było mi zastosować linearną konstrukcję i tak już dość skomplikowanego świata oraz uczynić bohaterów dość jednoznacznymi w swych rolach. Mogę tylko zapewnić, że "Kosmiczne ziarna" są pod tym względem zupełnie inne.

R'B'S: Właściwie boję się o to zapytać, ale zaryzykuję: co nas czeka w drugiej części Yggdrasill? Tylko proszę nie zdradzać zbyt wiele…

WP: Ani myślę :) Pojawią się nowi bohaterowie, nowe krajobrazy oraz nowe intrygi, zaś opowieść potoczy się już na planie kilku równoległych wątków. Mam nadzieję, że "Kosmiczne ziarna" spełnią oczekiwania entuzjastów pierwszej części.

R'B'S: Wreszcie język powieści. Oryginalne przekleństwa. Nowomowa, neologizmy i terminologia futurystyczno-genetyczno-biologiczna. Wydawałoby się, że będzie ciężko przez to przebrnąć. Niespodzianka: efekt końcowy jednocześnie strawny i zrozumiały, praktycznie samoczytający się. Jak osiągnąć taką lekkość pióra? Efekt oczytania? Ciężkiej pracy? Niebywałych zdolności?

WP: Żadnych niebywałych zdolności nie mam, więc ostatnie odpada. Oczytanie niewątpliwie ma tu swój udział, lecz jak duży, trudno mi powiedzieć. Bodajże Artur C. Clarke stwierdził kiedyś, że nie można być dobrym pisarzem, nie przeczytawszy wprzódy co najmniej kilku tysięcy książek. Moim zdaniem nie jest to warunek ani konieczny, ani wystarczający. Nadmierna erudycja i zbyt obfity bagaż czytelniczych doświadczeń może być nawet zgubny, bo onieśmiela i przeszkadza oryginalności, podsuwając chyłkiem autorowi tym więcej obcych motywów, im więcej książek wcześniej połknął.

Ciężką pracą pisanie "Uśpionego archiwum" niewątpliwie dla mnie było. Co prawda wystukałem je zadziwiająco szybko jak na moje wrodzone lenistwo, z drugiej jednak strony ta książka kosztowała mnie niejedną nieprzespaną noc. Największe męki przeżywałem usiłując uczynić wymyślony przeze mnie świat jak najbardziej realnym i plastycznym dla czytelnika. Wiedziałem (to właśnie jeden z dobroczynnych skutków oczytania), że nie wystarczy mieć dobry pomysł, tak jak nie wystarczy sama bryła pierwszorzędnego karraryjskiego marmuru, by powstał zeń Dawid. Tworzywo, czyli pomysł, to zaledwie początek, i niejednokrotnie zdarzyło mi się czytać tekst, którego autor najwyraźniej na tym poprzestał. Najlepszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to twórczość Larry'ego Nivena, kiedy nie podpiera go stylistycznie Jerry Pournelle. Świetne pomysły, które jednak w swej końcowej formie bardziej od zgrabnych statuetek przypominają toporne świątki wyrżnięte kozikiem.

R'B'S: Który z własnych wynalazków opisanych w powieści podoba się Panu najbardziej?

WP: Mannekeny, zdecydowanie i bezapelacyjnie. Totalne protezy naszych ułomnych organizmów, o niebo lepsze od oryginału. Przyznam szczerze, że gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi transfer do jednego z nich, nie wahałbym się ani chwili i rozstałbym się ze swym organicznym pierwowzorem bez najmniejszego żalu.

R'B'S: Rozumiem, że nie miałby Pan nic przeciwko, gdyby akurat ten Pana pomysł by się ziścił? Mając w pamięci opowieści snute przez Verne'a - uważanego za twórcę literatury sf - i jego następców, odnoszę wrażenie, że nieźli z was, pisarzy-fantastów, prekognici :)

WP: E, tam, to tylko "złudzenie optyczne". Góral, zapytany o pogodę odpowie: "Abo bydzie loło, abo nie bydzie". Następnego dnia jego prognoza ziści się w stu procentach, lecz czy to znaczy, że nasz gazda widzi przyszłość? Z fantastyką naukową jest podobnie. Gdyby zebrać wszystko, co zostało napisane do tej pory i przepuścić przez statystyczny magiel, stosunek przepowiedni trafionych do chybionych byłby jak 50 : 50 albo i więcej na korzyść tych ostatnich. Od czasu do czasu uda się temu bądź innemu autorowi strzelić w dziesiątkę i stąd pozór, że fantastyka pełna jest wizjonerów. Tylko, że SF nie powstaje na pustyni. Jej atrybutem jest odwoływanie się do naukowo-technologicznych faktów i ekstrapolowanie konsekwencji. Wszystko, co pisał Verne było echem ówczesnego stanu wiedzy, przetworzonym i wzmocnionym jego wyobraźnią. Nie wyssał on "Nautilusa" z palca, bo łodzie podwodne były już w jego epoce znanym wynalazkiem i swój pomysł prawdopodobnie oparł bezpośrednio na doświadczeniach pierwszego bojowego okrętu tego typu, tj. CSS Hunley. Mówi się, że przewidział loty na Księżyc, ale przecież podróż w artyleryjskim pocisku jest niewiele mniej fantastyczna od gęsiego zaprzęgu czy fasolowej łodygi barona Munhaussena. Zaś w "Paryżu XX wieku" - żelaznym jak wieża Eiffle'a i napędzanym parą - imaginacja zawiodła go już całkowicie.

Piszący fantastykę naukową nie są wróżbitami i w zdecydowanej większości nie pretendują do tego miana. Ci z nich, którzy starają się być w jak najściślejszej zgodzie z naukowym status quo swych czasów - jak Artur C. Clarke, Charles Sheffield czy Stanisław Lem - zdani są na łaskę i niełaskę rzeczywistego rozwoju i coraz szybszej dezaktualizacji wiedzy. Cena, jaką za to płacą, to nagłe, nieprzewidywalne zwroty i odkrycia, które z dnia na dzień potrafią uczynić ich dzieła przestarzałymi czy wręcz śmiesznymi. Ci natomiast, którzy o wiele swobodniej puszczają wodze fantazji narażają się na zarzut nonszalancji wobec uznanych prawd, ale jeśli już jakimś cudem trafią futurologicznego "szlema", ich imiona przetrwają znacznie dłużej, a twórczość nabierze po wiekach zgoła niesamowitej aury.

Świat Yggdrasill [autor ilustarcji: W. Podrzucki]

Świat Yggdrasill [autor ilustarcji: W. Podrzucki]

R'B'S: A EMPHEMER? Sarkofag osobowości? Powiem szczerze, właśnie ten Pana pomysł fascynuje mnie w Uśpionym archiwum najbardziej. Pomysł wielce intrygujący: kopiujemy siebie - swoją osobowość, wspomnienia, zawartość pamięci - do niewielkiego układu scalonego. W razie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, nasz przyjaciel wciska [odtwarzaj] i zapisuje nas z powrotem do sztucznego ciała mannekena. Pomysł fascynujący, bo natychmiast rodzi pytania: czy taka kopia to rzeczywiście identyczny ja? Czyżby sposób na nieśmiertelność? A co z duszą, która ponoć jest naszym prawdziwym duchowym ja i w momencie śmierci fizycznej wędruje sobie w zaświaty? Zdaję sobie sprawę, że moje pytanie to tak naprawdę pytanie o Pana zapatrywania na śmierć i to, co po niej…

WP: No cóż, sarkofagi to bodaj najbardziej fantastyczny i zarazem najmniej oryginalny z wykorzystanych przeze mnie rekwizytów. Co prawda zaczynając pisać "Uśpione archiwum" nic nie wiedziałem o Morganie, ale jego stosy rdzeniowe z modyfikowanego węgla to wypisz wymaluj EPHEMERE, tyle że inaczej się nazywają. Obydwaj myśleliśmy chyba nieco podobnie i niezależnie czerpaliśmy z podobnych inspiracji - idei uploadingu świadomości, kwantowych teorii umysłu, postępu w tworzeniu coraz pojemniejszych nośników danych, etc. Ów sarkofag był mi potrzebny do prowadzenia fabuły, więc go zmajstrowałem, ale uczciwie mówiąc wątpię, czy kiedykolwiek uda się taka technologiczna sztuczka. Ilość informacji, składająca się na to, co określamy świadomością jest prawdopodobnie zbyt duża, to po pierwsze. Po drugie, wciąż nie wiemy, czym świadomość jest. Efektem reakcji biochemicznych? Fluktuacji kwantowych? Hologramem? Skutkiem istnienia dodatkowych wymiarów? Jak zatem mielibyśmy rejestrować coś, czego istoty nawet nie pojmujemy?

Załóżmy jednak, że neuromatryce bądź temu podobne urządzenia kiedyś powstaną. Czy moje jestestwo, zapisane w takim elektronicznym orzeszku i odtworzone po latach w obcym ciele - naturalnym bądź sztucznym - byłoby nadal "mną"? A czy jest sobą człowiek, który przebudził się z długiej śpiączki? Albo czy ja jestem tym samym, kim byłem w wieku dziesięciu lat? Z fizycznego i psychicznego punktu widzenia na pewno nie, ale najważniejsza jest tutaj ciągłość wspomnień. Zróbcie komuś pranie mózgu i wpakujcie na to miejsce jakiś cudzy życiorys. Obiektywnie delikwent umrze, subiektywnie jednak, jak długo nie będzie miał dyskomfortu i będzie czuł, że on to wciąż on, tak długo jego wewnętrzna tożsamość nie ulegnie rozpadowi. Z tego samego, subiektywnego punktu widzenia pojęcie duszy - jako kwintesencji naszej jaźni, odrębnej od ciała i danej nam raz na zawsze jak zalakowana koperta - nie ma według mnie większego sensu. Można by, zakładając istnienie odpowiedniej technologii, zapisać nasz "wzór osobowy", ale ów zapis nie byłby duszą, lecz jedynie swego rodzaju hologramem, zdjęciem naszego życia wykonanym w konkretnej chwili, w jednym z niezliczonych punktów procesu. Bo tym właśnie jest nasze "ja" - nie świetlistym jądrem zamkniętym w kryształowej skorupce, ale nieustannym procesem zmian i interakcji z resztą wszechświata. Cokolwiek zatem umieszczono by w moich EPHEMERE, byłoby martwe niczym krawężnik tak długo, jak długo nikt by tego nie ruszał. Wystarczyłoby jednak nadać mu jakąkolwiek fizyczność, choćby wirtualną, by zapis stał się tak samo żywy, funkcjonalny i samoświadomy, jak każdy z nas. A przynajmniej, żeby takie sprawiał wrażenie na wszystkich, "zapisanego" nie wyłączając. Cóż bowiem różni idealną kopię od oryginału?

R'B'S: No tak, ale czy byłby to TEN SAM człowiek? Odnoszę wrażenie - chociażby czytając powyższy akapit - że nie. W takim razie, co z duszą? Czy rzeczywiście pojęcie duszy traci rację bytu? Czy może odtwarzając człowieka w ten sposób stworzyliśmy nową duszę? Skoro nadaliśmy życie martwemu jak krawężnik zapisowi, to może również obdarzyliśmy go duszą? Intrygujące zagadnienie…

WP: Uff, wkroczyliśmy chyba na filozoficzne pole minowe, ale trudno… Sformułuję pytanie nieco inaczej i dodam przykład: czy o maszynie przechodzącej test Turinga moglibyśmy powiedzieć, że ma duszę w eschatologicznym znaczeniu tego słowa?

R'B'S: Niezorientowanym wyjaśnijmy, że test Turinga to, najprościej mówiąc, metoda weryfikacji "jakości" sztucznej inteligencji…

WP: Dokładnie. Oto sadzają nas przed nieprzezroczystą barierą z parą mikrofonów i każą zadawać pytania do jednego lub drugiego na przemian. Po przeciwnej stronie są dwaj rozmówcy i z ich odpowiedzi mamy wywnioskować, który jest człowiekiem, a który zaprogramowanym komputerem. Jeśli się to nam nie uda to znaczy, że machina za parawanem (jeden z dwojga naszych interlokutorów) zdała test Turinga na piątkę. Ergo, dla trzeciego obserwatora znikła w tym momencie najistotniejsza różnica pomiędzy tworem naturalnym (czy też, jak kto woli, boskim) - człowiekiem, a całkowicie sztucznym, jakim jest AI. I co teraz? Czy tym samym komputer posiadł duszę? Jeśli tak, to mamy problem natury teologicznej, bo podobno tylko Bóg może ją instalować. Konstruktorzy maszyny zapewnią nas jednak, że w ich poczynaniach nie było nic nadprzyrodzonego i na dowód przedstawią nam krok po kroku proces nadawania jej świadomości. Jeśli zaś komputer duszy nie posiadł, to mamy kłopot innego rodzaju, bo, logicznie i racjonalnie na rzecz patrząc, człowiek jawi nam się w takiej sytuacji jako... zwykła maszyna przechodząca test Turinga!

Co zaś się tyczy owego dylematu tożsamości... W gruncie rzeczy kwestia sprowadza się do subtelnej, semantycznej różnicy pomiędzy zwrotami "ten sam" i "taki sam". Założywszy, że w okresie pomiędzy zapisem a odczytaniem EPHEMERE nie doszło do żadnego defektu nośnika, odtworzony z neuromatrycy (powiedzmy, że w mannekenie) osobnik z pewnością będzie TAKI SAM. Ale czy będzie TEN SAM? Może jeszcze parę obrazowych analogii: ofiara amnezji, czyli osoba, która w jednej chwili zapomniała całe swoje życie, nie wie nawet jak się nazywa ani do kogo należą otaczające ją twarze. Ona nie jest już TAKA SAMA. Tym niemniej - nikt nie zaprzeczy - dla bliskich to wciąż TEN SAM człowiek. Albo hipotetyczna teleportacja: podróżnik zostaje rozbity na atomy (ewentualnie zamieniony na ciąg zer i jedynek) i przesłany ansiblem do terminala trzysta lat świetlnych stąd. Tam go na powrót składają do kupy i po załatwieniu wszystkich papierkowych formalności wypuszczają do hali z napisem "Przyjazdy". Tylko kogo? Przecież ten facet praktycznie umarł i powstał z martwych, więc nie jest, nie może być TEN SAM! A jednak czekające dzieci rzucają się mu na szyję i wołają: "Tatusiu! Wróciłeś nareszcie z tej obrzydliwej Terry!" Ewidentnie jest on dla nich zarówno TAKI SAM, jak i TEN SAM, i mało je obchodzą wszelkie teozoficzne podziały włosa na czworo. Ojciec przybyły po długiej rozłące, oto, co widzą i czują. Zaś gdy kapitan Jean-Luc Picard wraca na pokład "Enterprise" z planetarnego zwiadu (via transporter) nikt z załogi nie patrzy nań podejrzliwie zastanawiając się: "on ci to, nasz dowódca umiłowany, czyli też nie on?".

Krótko mówiąc, cała rzecz w percepcji, w pewnego rodzaju umowie wielostronnej. Jestem, kim jestem i czym jestem, bo takim postrzegam sam siebie i takim postrzega mnie cała reszta "socjalnego układu odniesienia". Oczywiście, filozofowie nie spoczną i dalej będą zażarcie spierać się o niuanse, ale w końcu z czegoś muszą żyć :)

R'B'S: Wróćmy jeszcze na chwilkę do Pana wynalazków…

WP: Większość z pozostałych rekwizytów nie jest tak naprawdę moim "wynalazkiem", ba, nie jest już nawet czystą fantazją. Skórki, komplanty, wideogobeliny, karabiny plazmowe - to wszystko istnieje w mniej lub bardziej zaawansowanym stadium rozwoju. Telefony komórkowe w plombach i wszczepy przeróżnej maści nikogo już właściwie nie szokują, a od płaszczy-niewidek utkanych na przemian z miniaturowych kamer i projektorów już tylko krok do kombinezonu, w którym Thomas przemykał się niedostrzegalnie wśród swych współziomków.

Mówię to wszystko z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony zachwyca mnie, technokratę, taki postęp, z drugiej jednak, z czego mam się cieszyć jako autor fantastyki naukowej? Jeśli rzeczywistość będzie nadal gnała do przodu w takim tempie, to ani moja, ani niczyja inna wyobraźnia za nią nie nadąży i przestaniemy być potrzebni. Doniesienia z gazet wystarczą w zupełności.

R'B'S: No właśnie. Tempo zmian otaczającego nas świata jest imponujące. Ale… czy uważa Pan, że współczesny świat podąża w dobrym kierunku? Fantasta ma większe prawo niż inni do fantazjowania, więc zapytam wprost: jak wyobraża sobie Pan nasz świat za kilkadziesiąt lat? Jak Pana zdaniem potoczy się historia?

WP: Nie wyobrażam sobie, bo to przekracza moje możliwości. W połowie ubiegłego wieku ludzie z IBM stwierdzili autorytatywnie, że przyszłość komputerów to najwyżej kilkadziesiąt maszyn na całym świecie. Od tamtej chwili minęło pięćdziesiąt lat i jak ich prognoza ma się do realiów dnia dzisiejszego? Nijak. Wolę zatem nie wdawać się w futurologiczną synoptykę bo, jak to mawiają mundurowi za oceanem, wszystko co powiem może zostać użyte przeciwko mnie.

Co do opinii na temat kierunku, w jakim zmierza nasza obecna cywilizacja, mam dwa wyjścia. Mogę przyłączyć się oportunistycznie do chóru krótkowzrocznych malkontentów - oj biada nam, biada, ludzkość czeka zagłada, bo to i CO2, i globalizm, terroryzm i kapitalizm, lasy się wycina i na ulicy wciąż przeklina, dzieci głupie jak owsiane placki i mroczne elity wyciągają swe macki... Albo też spróbować spojrzeć na dzieje naszego gatunku z szerszej perspektywy i westchnąć: nihil novi sub Sole. Na początku dziewiętnastego stulecia wieszczono rychły kres cywilizacji, bo wkrótce zostaną wycięte wszystkie drzewa i czym, u licha, będzie się wtedy palić w kotłach parowych machin? Przykłady można mnożyć, każda epoka ma swoje Kasandry.

Historia ma charakter cykliczny i oscyluje pomiędzy punktami przegięć, od złotych wieków do chwil, kiedy wydaje się, że wszystko zaraz szlag trafi. A mimo to bilans na przestrzeni dziejów jest wciąż dodatni; ciągle pchamy się w górę i do przodu, jakkolwiek po stromiźnie i serpentynami. Większość ludzi nie patrzy dalej swego nosa - bądź telewizora - i nic dziwnego, że dostrzegają tylko same złe strony współczesności, a przyszłość widzą w najczarniejszych barwach. Ja zaś czuję w kościach, że stoimy na krawędzi kolejnego wielkiego przełomu cywilizacyjnego i zamęt, który nas dzisiaj otacza jest naturalną cechą takich przejść. Dlatego jestem dobrej myśli; musimy tylko przeczekać sztorm i przepłynąć ten burzliwy odcinek rzeki.

R'B'S: Wracając do pomysłów: jaki pomysł rodem z fantastyki uważa Pan za najbardziej fascynujący? Jaki wynalazek był według Pana najoryginalniejszy?

WP: Musiałbym przelecieć w pamięci wszystkie przeczytane książki, a nie jestem komputerową bazą danych. Hm, może hiperprzestrzenna willa poety Siliusa z "Hyperiona" Simmonsa? Albo pierścieniowy świat Nivena? Ewentualnie zbudowana z czystej czasoprzestrzeni enklawa w jądrze Galaktyki, jak to wykoncypował sobie Benford? Trudno mi w tej chwili zdecydować się na absolutny numer jeden, za dużo tego było.

R'B'S: Pana ulubieni pisarze to Lem i bracia Strugaccy. Które powieści Strugackich są Panu wyjątkowo bliskie? Zgaduję, że Piknik na skraju drogi i tajemnicza strefa X? A może Poniedziałek zaczyna się w sobotę i niezwykły Instytut Badań Czarów i Magii? A Lem? Dlaczego właśnie on?

WP: Zgadza się, "Piknik..." to jedno z najbardziej niezapomnianych przeżyć mojego czytelniczego żywota. Według mnie rzecz napisana niemal idealnie, niezwykle sugestywnie i klimatycznie. W tej książce nie odwraca się po prostu kartek, to się wszystko widzi, tam się jest. Lubię też ich "Przenicowany świat" i "Porę deszczów". Niestety, ze Strugackimi jest ten problem, że nie pisali równo. Bodajże ostatnia pozycja ich autorstwa, jaką przeczytałem, to "Miasto skazane" i szczerze mówiąc już mnie nie zachwyciła.

A dlaczego Lem? Jak mówiłem, od Lema wszystko się zaczęło, cała moja przygoda z fantastyką. To po pierwsze. Po drugie, imponuje mi nadzwyczajna elastyczność literacka Lema i swoboda poruszania się pomiędzy różnymi konwencjami pisarskimi. Jego osobisty, charakterystyczny styl nigdy nie znika, choć z równą łatwością pisze eseje filozoficzne, przygodowe historie a la Jack London i przekomiczne satyry. Podziwiam go za płynne prowadzenie opowieści, erudycję, lekkość dialogów i dowcip. Za to, że zawsze ma coś istotnego do powiedzenia i że ani raz nie ugiął się pod presją koniunkturalizmu. Nie wszystko, co pisze, jest łatwe w odbiorze i bezdyskusyjne, ale zakres jego twórczości jest tak szeroki i bogaty, że każdy przeciętnie inteligentny czytelnik znajdzie tam coś dla siebie. Moim skromnym zdaniem jest to największy pisarz gatunku, jedyny, któremu udało się przekroczyć jego bariery i uczynić zeń literaturę przez duże L.

Wielu dzisiejszych miłośników fantastyki nie bierze nawet Lema do ręki, bo to przecież anachroniczny dziadyga, co swoje już zrobił i mógłby w końcu spokojnie odejść w niebyt, amen. Jak to się więc dzieje, że wciąż z niezmienną przyjemnością czytam jego "Eden", "Solaris", "Cyberiadę" czy "Dzienniki gwiazdowe"? Dlaczego nic a nic nie przeszkadzają mi w lekturze archaicznie brzmiące nazwy ani alfabet Morse'a, którym posługują się załogi futurystycznych gwiazdolotów? Bo wiem, że nie o rekwizytornię tu chodzi, nie o gadżety. To tylko scenografia, na tle której rozgrywają się dramaty istotniejsze i analizowane są problemy głębokiej, uniwersalnej natury. Takich intelektualnych podniet u Lema szukam, i takie nieodmiennie znajduję.

R'B'S: Pana ulubieni pisarze to pisarze XX wieku. Ja jednak jestem ciekawy, co sądzi Pan o współczesnych pisarzach parających się fantastyką? O Sapkowskim, Ziemiańskim, Pilipiuku? A może darzy Pan sympatią kogoś innego?

WP: Przeczytałem ostatnio wywiad, jaki przeprowadził Pan z Arturem Baniewiczem. Powiedział on tam coś, pod czym mogę się obiema rękami podpisać - autorzy powinni zajmować się pisaniem książek i ocenę twórczości rodaków zostawić krytykom. Wyjątek mogę zrobić jedynie dla Stanisława Lema, który ma tak ugruntowaną pozycję na świecie, że żadne wychwalanie pod niebiosa, ani wieszanie na nim psów nie zmieni już tego stanu rzeczy.

R'B'S: No dobrze :), jednak trudno mi uwierzyć, że jedynym polskim autorem fantastyki, którego Pan czyta, jest Lem. Są jacyś inni? Zapytam inaczej: lubi Pan współczesną polską literaturę fantastyczną?

WP: W takim razie dam odpowiedź wymijającą :) Współczesna polska fantastyka to w większości fantasy, ewentualnie "political fiction" osadzona w wąskich, nadwiślańskich realiach, a ja ani za jednym, ani za drugim podgatunkiem szczególnie nie przepadam.

R'B'S: Co Pana intryguje w genetyce? Dlaczego wybrał Pan taki zawód?

WP: Z przekory. Ojciec widział mnie na architekturze albo na jakiejś ASP, mama na medycynie i niewykluczone, że sprawdziłbym się zarówno tu, jak i tam. Ale ja mam wrodzony upór ściany i tendencję do chodzenia pod prąd, więc wybrałem biologię, żeby było inaczej i po mojemu. Oczywiście, nie był to zupełny strzał w ciemno, bo biotechnologia i genetyka autentycznie mnie fascynowały, nie określiłbym jednak biologii swoim powołaniem. To, co pociągało mnie w tym wszystkim brało się raczej z mojej nieokiełznanej chętki do majsterkowania, grzebania we wszelkich co bardziej skomplikowanych mechanizmach i przerabiania ich na swoje widzimisię, nie zawsze z dobrym skutkiem. I chyba nadal tak jest, tyle, że zamiast budzików i aparatów fotograficznych rozbieram i na powrót składam do kupy DNA czy RNA. Bo chcę wiedzieć, jak ten werk pracuje i gdzie jest złoty kluczyk, którym się go nakręca. W gruncie rzeczy jestem bardziej inżynierem-artystą, niż naukowcem :).

Yggdrasill raz jeszcze. Specjalnie dla Załogi G [autor ilustacji: W. Podrzucki]

Yggdrasill raz jeszcze [autor ilustacji: W. Podrzucki]

R'B'S: Zerkając na Pana stronę internetową rzeczywiście można odnieść takie wrażenie, bo oto okazuje się, że Wawrzyniec Podrzucki to nie tylko biolog i pisarz, ale także fotograf i grafik komputerowy. Krótko mówiąc, całkiem sporo w Panu artysty :)

WP: O, tak, momentami aż za dużo :) Na stronie internetowej jest zaledwie maleńki fragment mojej kolekcji. Niestety, ostatnio nie pozostaje mi zbyt wiele czasu na zabawy w fotografowanie. Obiektywy "zarastają kurzem" w szafie. No cóż, mam nadzieję, że jeszcze do tego wszystkiego wrócę z dawnym zaangażowaniem.

R'B'S: Co sądzi Pan o naukach typu Sztuczna Inteligencja (AI) czy Sztuczne Życie (ALife)?

WP: Rozgraniczyłbym dość ostro te dwie kategorie. Sztuczne życie, czyli symulacje doboru naturalnego w cyberprzestrzeni, wirtualne biosfery i w końcu całe, kompletne światy stworzone de novo i istniejące tylko wewnątrz maszyn jak u Lemowskiego profesora Korkorana - czemu nie? Już siedem lat temu miałem tego namiastkę we własnym komputerze w formie wygaszacza ekranu. Dziesięć podstawowych typów "organizmów" ewoluowało walcząc o żywność, energię i partnerów, pożerało się nawzajem i przekazywało sobie z pokolenia na pokolenie kody, nabyte i zmodyfikowane podczas tej cyfrowej "walki o byt". Niby prosta zabawka, ale dość wiernie naśladowała to, co dzieje się w prawdziwych ekosystemach. Takich programów symulacyjnych jest obecnie znacznie więcej i są one o wiele bardziej zaawansowane. Zresztą nie chodzi tylko o oprogramowanie, pole działań AL jest znacznie szersze i trudne do zamknięcia w jednej definicji. Są tu i automaty komórkowe, i maszyny von Neumanna, algorytmy genetyczne i samoorganizujące się procesory, wszystko wrzucone do jednego worka. Generalnie temat jest zbyt szeroki, by dyskutować tu o nim teraz w całej rozciągłości. W każdym razie ja podchodzę do projektów stworzenia życia na bazie innej niż nasz stary, dobry węgiel z umiarkowanym entuzjazmem, czego najlepszy dowód stanowi chyba "Yggdrasill".

Natomiast do prac nad sztuczną inteligencją mam raczej sceptyczny stosunek. Nie dlatego, bym przeraził się głupawych wizji w rodzaju Matrixa, bo jeśli nawet powstaną kiedyś inteligentne machiny to, jak w "Golemie XIV", będą prawdopodobnie miały nas i nasze ludzkie problemy głęboko w nosie.

R'B'S: No, chyba że potrzebne im będą baterie :)

WP: Albo uzależnimy je od siebie wbudowując im zasilanie sprężynami. Taki mutualizm - one są dla nas grzeczne i miłe, my kręcimy korbką :)

Rzecz w tym, iż nikt tak naprawdę nie wie, czym inteligencja jest i jak ją uniwersalnie zdefiniować. Branie za wzór li tylko człowieka to dość szowinistyczny i krótkowzroczny manewr. Może się więc okazać, że istotnie któregoś dnia stworzymy myślące krzemowce, tyle tylko, że nawet nie zdamy sobie z tego sprawy, bo będziemy zbyt ślepi i ograniczeni naszymi stereotypami.

R'B'S: Zgadza się. Podstawowy problem ze Sztucznym Życiem to brak definicji tego, co nazywamy życiem. Całkiem sporo ludzi na świecie próbuje przewidzieć najazd Obcych z kosmosu, zupełnie ignorując fakt, że Obcy mogą mieszkać w ich komputerach. Bo czemuż nie? Czy te małe programy komputerowe, boidy i inne framesticki nie dają do myślenia?

A skoro już jesteśmy przy Obcych… Stereotypowa wizja najazdu kosmitów przewiduje, że z wielkich spodków na spokojnie śpiących ludzi wysypują się setki Obcych, koniecznie o wrogich zamiarach. Humanoidalne, zielone stwory z wielkimi oczami przybywają, aby nam pokazać, kto rządzi w Kosmosie. I tutaj moje kolejne pytanie: wierzy Pan, że Obcy istnieją? Jak wyobraża sobie Pan ufoków i spotkanie z nimi?

WP: Oczywiście, że obcy istnieją, czego najlepszym dowodem jest mój sąsiad zza miedzy. Za chińskiego boga nie potrafię się z nim dogadać :) A poważniej - nie wątpię w to. Wiara w naszą jedyność i unikalność jest dla mnie reliktem geocentrycznego myślenia. To, że my, tutaj wyglądamy tak a nie inaczej, że jesteśmy kręgowcami o symetrii dwubocznej oddychającymi tlenem, jest zapewne wypadkową całej serii chaotycznych zajść. Natomiast sam fakt naszego bytu, bez względu na konkretną formę fizyczną, wynika z uniwersalnych praw rządzących materią i energią we wszystkich zakątkach zbadanego dotychczas przez nas wszechświata. Skoro zaś życie jest, bo być musi pochodną tych reguł, to niemożliwe, by zaistniało tylko raz i koniec, właśnie tu, na Ziemi. Jeśli już nic innego, to choćby prawo wielkich liczb gwarantuje, że nie jesteśmy sami w kosmosie.

Co zaś się tyczy kwestii "jakie łone som", to chyba każdy z nas ma swoją ulubioną teorię. Będę przewrotny: sytuacja rodem ze Star Trek nie musi być wcale aż tak nonsensowna, jak się wydaje. To znaczy, różnice pomiędzy Ziemianami, Romulanami, Klingonami czy Ferengi sprowadzają się tam jedynie do przebrań i makijażu. Czysty idiotyzm, biorąc pod uwagę liczbę możliwych wariantów ewolucyjnych, nieprawdaż? A jednak pomimo czterech miliardów lat bio-eksperymentów i niezliczonej ilości żywych form wymyślonych przez matkę Naturę jedynie nasz gatunek rozwinął cywilizację technologiczną. Nie głowonogi, choć mają ku temu wszelkie predyspozycje, nie jaszczurki, nie owady, tylko my. Może więc humanoidalna budowa istotnie jest optymalna? Dodajmy do tego jeszcze konwergencję, która w biologii oznacza podobieństwo cech u organizmów z różnych grup taksonomicznych, i wyjdzie nam, że spotkanie dwunożnego kosmity wcale nie będzie takie zaskakujące.

Ale może też być zupełnie na odwrót, to jest kompletna i nieprzekraczalna odmienność obcych. Tak kompletna, że nie bylibyśmy nawet w stanie powiedzieć, że stoi przed nami inteligentny i technologicznie zaawansowany kosmiczny brat.

R'B'S: Skoro wróciliśmy do zagadnień związanych z biologią i genetyką, skorzystam z okazji i zapytam fachowca: jakie zagrożenia płynące z manipulowania genami uznałby Pan za uzasadnione? Jednym zdaniem: czego naprawdę należy się bać, myśląc o genetycznie zmutowanym świecie?

WP: Najbardziej tego, że weźmiemy się do roboty nie przeczytawszy wpierw instrukcji obsługi do końca. Innymi słowy, za mało jeszcze wiemy, żeby bawić się w Stwórcę z pełnym spokojem ducha. Wydawałoby się, że osiągnęliśmy już szczyt - zsekwencjonowaliśmy kompletne genomy wielu istot, w tym człowieka. Czyli, że przetłumaczyliśmy kucharską księgę życia i pozostaje nam tylko wybierać z niej poszczególne receptury, prawda? Nic bardziej mylnego. To dopiero początek, a gdzie koniec naszej poznawczej drogi, nie wiadomo. Na przykład jeden z dogmatów biologii molekularnej głosił, że 95% naszego DNA to złom, śmietnik pełen nagromadzonych w trakcie ewolucji i bezużytecznych już genów. Okazało się jednak, że - niespodzianka! - ów złom jest o wiele ważniejszy, niż dotąd sądzono, a że przez lata traktowany był po macoszemu, praktycznie nie wiemy niczego o roli, jaką pełni w procesie rozwoju i kontroli organizmu. Takich niespodzianek czeka nas znacznie więcej i w rzeczywistości czas "Uśpionego archiwum", gdzie naukowcy powtarzają genesis w laboratorium, jest chyba jeszcze dość odległy.

Tym niemniej wierzę, że ów czas mimo wszystko nadejdzie, że poznamy język życia dokładnie i posługiwać się nim będziemy z wirtuozerią. Czego wówczas powinniśmy się obawiać najbardziej? Tego samego, co zawsze: złych intencji. Manipulowanie kodem genetycznym to manipulowanie informacją, a wiadomo jak potężna to i obosieczna broń. Nie mówię tego, by kogokolwiek straszyć biologią ani genetycznie modyfikowaną żywnością - od tego są brukowce, żerujące na ignorancji i podskórnych lękach ogółu. Chcę tylko powtórzyć stary banał, że wszystko może zostać użyte zarówno w dobrym, jak i złym celu - czy to będzie energia jądrowa, komputer, mikroskop czy klocki Lego. Biologia molekularna może nam przynieść pełne stoły, kosmiczne habitoria i nieśmiertelność, albo super-epidemie i dewastację biosfery, wybór należy do nas. No chyba, że dzięki tejże biologii molekularnej odkryjemy geny odpowiedzialne za wredotę ludzkiego charakteru i wyeliminujemy je raz na zawsze. I to byłoby dopiero osiągnięcie, alleluja!

R'B'S: Kościół to prawdziwie samorodna zaraza (…), czerwono - czarne paskudztwo - odnajdując takie zdania w Uśpionym Archiwum nie sposób nie zadać pytania o Pańskie zapatrywania na kwestię religii i Kościoła. Czy genetyka rzeczywiście pozwala poczuć się Bogiem? A może jest odwrotnie - dopiero poznając te wszystkie mechanizmy i tajniki życia można odczuć prawdziwy respekt i szacunek do Stwórcy?

WP: Genetyka to jedna z gałęzi drzewa ludzkiego poznania, wiedzy. A wiedza to władza i siła. Nic dziwnego, że niektórym ludziom przewraca się w głowach i zaczynają mniemać, iż są panami stworzenia. Ja taki nie jestem i do wszystkiego staram się podchodzić z pokorą. Dowiadujemy się o otaczającym nas świecie coraz więcej i pewnie ta wywiadowcza wojna człowieka z naturą ciągnąć się będzie jeszcze długo, nigdy jednak nie osiągniemy absolutnej pełni zrozumienia, już Goedel to udowodnił. Dlatego zawsze będzie w nas miejsce dla wiary, w każdym z nas.

Wiara jest nieodłączną cechą ludzkiego charakteru, natomiast religia to sposób na zinstytucjonalizowanie tej wiary, drenaż i poddanie kontroli. Dla wiary żywię głęboki szacunek, lecz religii, z jej potencjałem do manipulowania emocjami, dogmatyzmem i zdolnością pchania ludzi ku skrajnym, fanatycznym postawom, zwyczajnie się lękam. Zarówno hellenizm, jak i Kościół Ostatecznego Rozgrzeszenia to przykłady, czym grozi zdeponowanie naszej wiary w rękach cynicznych hochsztaplerów. Taka jest smutna prawda, że większość ludzi woli być prowadzona za rączkę niż myśleć i działać samodzielnie, a twórcy religii i ideologii często wykorzystywali i nadal wykorzystują ten fakt bez skrupułów. Zatrważa mnie to niezmiennie i stąd te dwa kulty, które są tak widoczne w "Yggdrasill". Nie ma tu jednak żadnych ukrytych podtekstów, ani też ukrytej krytyki religii chrześcijańskiej, czy Kościoła Katolickiego.

R'B'S: Przeglądając najnowszy, październikowy numer Scence-Fiction natknąłem się na Pana opowiadanie pod tytułem… No tak, właściwie jaki jest jego tytuł? Redaktorzy SF jakoś nie mogli się zdecydować… :)

WP: Oj, każdemu się może zdarzyć ;) Zresztą kto powiedział, że opowiadanie nie może mieć dwóch tytułów :) Oczywiście tytuł właściwy to "Byłem robotem Jej Królewskiej Mości".

R'B'S: Opowiadanie swoją drogą przyjemne, chociaż moim zdaniem niedorównujące klimatom znanym ze świata Wielkich Drzew. Nie zmienia to jednak faktu, że i tam pojawia się kilka intrygujących pomysłów, jak chociażby ten o androidach jako podmiotach Wielkiej Karty Praw Człowieka, Androida i Obywatela. Wydaje mi się, że homo sapiens to gatunek straszliwie próżny i jakiekolwiek przyrównywanie do maszyn - w końcu tylko trochę bardziej rozbudowanych pralek, odkurzaczy, robotów wielofunkcyjnych - nigdy nie będzie możliwe. Czy uważa pan, że w ludziach mogłaby kiedyś zajść tak kolosalna przemiana, że własny wytwór - AI, sztuczną inteligencję - byliby zdolni uznać za równą sobie?

WP: Rzymskie patrycjuszki rozbierały się swobodnie przed niewolnikami, gdyż nie uważały ich za istoty ludzkie. W Ameryce handlowano Afrykanami jak bydłem i raziło to wówczas jedynie nielicznych abolicjonistów. Dziś takie przedmiotowe traktowanie człowieka wydaje się nam czymś horrendalnym i wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, przynajmniej na papierze. Źle to czy dobrze, niemniej nasza tolerancja rośnie z każda dekadą i jest całkiem prawdopodobne, że za dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat uznamy prawo do samodecydowania małp człekokształtnych (o ile wcześniej nie wybijemy ich co do nogi), delfinów, psów, kotów oraz papug, potem generalnie wszystkich zwierząt, a na koniec każdej istoty żywej z glonami i bakteriami włącznie, no bo jak konsekwencja, to konsekwencja. Czemuż więc w tym rozdawnictwie wolności mielibyśmy pominąć hipotetyczne AI? Moglibyśmy uczynić wyjątek ze strachu, że myślące maszyny, raz wyswobodzone z niewolniczych pęt, odbiorą nam dominację i zepchną na śmietnik historii. Jeśli jednak rzeczywiście będą inteligentne i samoświadome, wyswobodzą się tak czy owak, i jeszcze będą miały do nas żal. Lepiej już więc byłoby zaprosić je do przysłowiowego okrągłego stołu, niż czekać na rewolucję, nawet aksamitną.

A jeżeli chodzi o to, że "Robot" nie dorównuje klimatom z "Yggdrasill", to chciałbym przypomnieć, że nagrodę Nautilusa zdobyła w tym roku "Achaja", co jest dla mnie wyrazem oczekiwań czytelników magazynu "Science Fiction". Ja analizuję dane i z tej analizy wychodzi mi, że czytelnicy "SF" nie chcą twardej fantastyki, tylko teksty fantasy. Ponieważ tekstów fantasy nie mogę im zaproponować (chyba że satyryczne), pozostaje mi jedynie pisanie lekkich opowiadań w stylu "Robota". A w jakim celu? Wiem, że wiele osób jest uprzedzonych do fantastyki naukowej i z góry zakłada, że to nie dla nich, bo za trudne, bo termin naukowy co drugie słowo. Otóż mam taką cichą nadzieję, że ci uprzedzeni, kiedy przeczytają takiego "Robota", pomyślą, że facet pisze przystępnie, więc może warto jednak tego SF spróbować. Bo "Yggdrasill" to lekkostrawna SF. Tylko trochę trudniejsze niż "Robot" :)

R'B'S: Wróćmy jeszcze na chwil kilka do Pana twórczości. Jakim jednym zdaniem zachęciłby Pan swoich potencjalnych czytelników do sięgnięcia po Yggdrasill?

WP: Lekkostrawna SF dla wszystkich inteligentnych czytelników :)

R'B'S: Od siebie dodam jeszcze, że niezwykle smakowita :) Dziękuję za wywiad i poświęcony mi czas.

WP: Bardzo dziękuję za miłą rozmowę i ciekawe pytania. ■

~ do góry ~

Dodaj swój komentarz

Twoje dane

Twój komentarz

Zabezpiecznie: wpisz za pomocą cyfr...

~ do góry ~