<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
<channel>
<title>c z y t e l n i a @ siata.info FULL</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/rss/czyt_rss_full.xml</link>
<description>Czytelnia @ siata.info: Recenzje</description>
<language>pl</language>
<copyright>Copyright (c) 2007 Robert Siata. All Rights Reserved</copyright>
<pubDate>Tue, 11 May 2010 09:00:00 GMT</pubDate>
<lastBuildDate>Tue, 11 May 2010 09:00:00 GMT</lastBuildDate>
<ttl>60</ttl>
<webMaster>robert@siata.info (Robert Siata)</webMaster>
<managingEditor>robert@siata.info (Robert Siata)</managingEditor>
<image><title>Czytelnia @ siata.info</title><url>http://www.czytelnia.siata.info/rss/rss.gif</url><link>http://www.czytelnia.siata.info/rss/czyt_rss_full.xml</link><width>144</width><height>70</height></image>
<item><title>Jestem dziki</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/95/Cejrowski/Gringo_wsrod_dzikich_plemion</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Gringo wśród dzikich plemion"</i></strong> - <strong>Wojciech Cejrowski</strong>, wyd. Zysk i S-ka, 2010 | <strong>literatura piękna polska</strong></p><p><strong>Moja córka ma zabawkę, której podstawowym zadaniem jest, jak sądzę, doprowadzanie rodziców na skraj załamania nerwowego. Niezniszczalne, plastikowe, ponoć edukacyjne  ustrojstwo popiskuje muzyką,  recytuje wierszyki i śpiewa piosenki. W kółko te same. Jedna z rzeczonych piosenek opowiada historię mrówek, które maszerują równo, idą i tupią oraz grają na bębenku dziarski mrówek marsz. Zaiste, przyjacielskie stworzonka.</strong></p><p>Albo taki motylek. W <i>drewnianych</i> książeczkach mojego dziecka &#8211; kolorowa, uśmiechnięta  gadzina, wcześniej koniecznie pod postacią uroczej gąsienicy o jakimś sympatycznym imieniu. <a href="http://www.olesiejuk.pl/baza-ksiazek/wyniki-wyszukiwania/single/225255.html">Gabrysia</a> na ten przykład.</p>

<p>I dalej: żabki, rybki, ptaszki, nawet kwiatuszki&#8230; Wszystkie uśmiechnięte i nieszkodliwe.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_95/obr_01.jpg" alt="Gringo wśród dzikich plemion" />
</div>

<p>Są takie miejsca na ziemi, gdzie na widok niewielkiej zielonej żabki ludzie wieją, gdzie pieprz rośnie. Miejsca, w których kilka ugryzień wielkich, dwucentymetrowych mrówek, kończy się odesłaniem pechowca w zaświaty. Fruwają tam piękne motyle, które zabijają w okamgnieniu niewidoczną mgiełką wyjątkowo groźnej trucizny. W przyjaźnie wyglądającej rzece czają się małe rybki, które niepostrzeżenie wślizgują się w ciało&#8230; przez jeden z naturalnych otworów&#8230; i wyżerają ofiarę od środka. O toksycznych kwiatach nie ma nawet co wspominać&#8230;</p>

<p>Witajcie w amazońskiej dżungli.</p>

<p>Tutaj potencjalnym zabójcą jest cały ekosystem. Zabijają nie tylko rośliny i zwierzęta, ale również temperatura i wilgotność. Jeśli jakimś cudem uda się przetrwać w takich warunkach, zawsze można natknąć się na niegościnnych tubylców, nadużywających zatrutych kurarą strzałek. To właśnie wśród takich pięknych okoliczności przyrody poznajemy bohatera powieści, a zarazem jej autora, podróżnika <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Wojciech_Cejrowski">Wojtka Cejrowskiego</a>.</p> 

<p>Mogłoby się wydawać, że w takich warunkach słowo <i>podróżnik</i> to synonim innego słowa: <i>samobójca</i>. Jak się jednak wkrótce przekonacie, w tropikalnej puszczy można przetrwać. Właściwie potrzeba tylko dwóch czynników: szalonej determinacji i pomocy Indian. Dzikich. To o nich przede wszystkim opowiada ta wyjątkowa książka.</p> 

<p>Po raz pierwszy po książki Cejrowskiego sięgnąłem zauroczony jednym z odcinków programu <a href="http://www.tvp.pl/styl-zycia/podroze/boso-przez-swiat">Boso przez świat</a>, na który natknąłem się w telewizji całkowicie przypadkowo kilka lat temu. Co tu dużo mówić: wessało mnie od pierwszej strony i wypuściło gdzieś w okolicach ostatniej. Ostatniej, wyjaśniam, strony kolejnej jego powieści - <a href="http://www.cejrowski.com/ksiazki/index.php?p=anaconda">Rio Anakonda</a>. Obie książki przeczytałem z zapartym tchem, zaśmiewając się miejscami do rozpuku. Dlaczego więc piszę o tym dopiero teraz? Otóż  kolejnym zrządzeniem losu natknąłem się w Sieci na audiobooka, którego ktoś najwyraźniej zrippował ze starych kaset magnetofonowych dla niesłyszących, odszumił i ku chwale ojczyzny, najpewniej w czynie społecznym, upublicznił. Nielegalnie, jak sądzę. Nie przeszkodziło mi to wcale delektować się powieścią Cejrowskiego raz jeszcze. Więcej: był to zarazem mój pierwszy w życiu audiobook.</p> 

<p>Do tej pory nie wyobrażałem sobie czytania książek w taki sposób &#8211; nawet mimo tego, że na półce stoi sobie <a href="http://audioteka.pl/narrenturm,produkt.html">Narrenturm</a> Sapkowskiego w ponoć doskonałej wersji aktorskiej, z muzyką i efektami dźwiękowymi nie z tej ziemi. Kupione, aby wspierać polską fantastykę i produkcje tego typu, ciągle dziewicze i nieodsłuchane. Tak czy siak: niespecjalnej jakości audioobook pobrany z odmętów Sieci ostatecznie przekonał mnie do takiej formy pożerania książek. Podejrzewam, że niemały w tym udział Rocha Siemianowskiego, który czyta <i>Gringo...</i> &#8211; robi to moim zdaniem zupełnie przyzwoicie, ze swadą, z humorem, świetnie oddając ducha książki.</p> 

<p>Wszystkich przeciwników piractwa od razu uprzedzam: nie zamierzam wysłuchiwać w komentarzach, jaka to ze mnie żałosna patologia społeczna. Chętnie kupiłbym <i>Gringo...</i> w wersji CD/MP3 audio, jeszcze chętniej - z efektami dźwiękowymi, muzyką, aktorami - ale&#8230; niestety jest to niewykonalne. Sami sprawdźcie.</p>

<p>Wróćmy jednak do tematu. Wspomniany audiobook przypomniał mi o obietnicy, którą złożyłem sam sobie podczas pierwszego czytania <i>Gringo...</i>. Recenzja. Miałem napisać recenzję. Jako że dotrzymuję słowa&#8230;</p>

<p>Ale tutaj sprawy nieoczekiwanie się komplikują. W międzyczasie książka stała się bestsellerem i od kilku lat nie schodzi z książkowych list przebojów. Opinii na jej temat można znaleźć tysiące &#8211; i bodaj żadnej niepochlebnej. Nie ma szans, żebym napisał o <i>Gringo...</i> coś nowego, coś odkrywczego, coś, czego jeszcze nie czytaliście&#8230; Nie ma?</p>

<p>O czym to jest, już z grubsza wiecie. Facet łazi po dżungli, zwykle w towarzystwie minimum jednego czerwonoskórego przewodnika, i - jak to się mówi - ma przygody. A to umknie przed stadkiem śmiercionośnych mrówek, a to nie pozwoli motylkowi trzepnąć sobie w twarz toksyną, a to spotka plemię, którego żaden biały nigdy wcześniej na oczy nie widział. Dlaczego więc ta konkretna książka ma być lepsza od całej masy innych książek przyrodniczych, jakie pewnie przyszło wam w życiu przeczytać?</p> 

<p>Jest kilka takich powodów:</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_95/obr_02.jpg" alt="Wojciech Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemion">
     <p>&#169; W. Cejrowski, www.bibliotekapoznajswiat.pl</p>
</div>

<ol>
<li><strong>Wojtek Cejrowski</strong>. Podóżnik, publicysta, pisarz, autor programów radiowych i telewizyjnych. Ogromna charyzma. Niezależnie od tego, czy faceta się lubi, czy nie, czy się go ceni za poglądy, czy nie, tej jednej cechy nie można mu odmówić. Kocham go. Najbardziej za wspaniałe, kolorowe koszule, których mu zazdroszczę.</li> 

<li><strong>Fantastyka</strong>. W <i>Gringo...</i> dostrzegalna może w mniejszym stopniu, niż w <i>Rio Anakonda</i>, ale stanowiąca nieodłączny element powieści Cejrowskiego. Facet bez cienia wahania i jakichkolwiek wątpliwości opisuje magię, czytanie w umyśle, jako nieodłączną, realną, namacalną część świata Indian. Do tego w niebywale interesujący sposób pokazuje, jak w zgodzie z własną religią (Cejrowski mocno akcentuje swoją &#8222;katolickość&#8221;) pogodzić się z istnieniem takich fantastycznych zjawisk.</li> 

<li><strong>Pratchettopodobność</strong>. Nietrudno odnaleźć w powieści fragmenty, czasem nawet podkreślane przez samego autora, w których jasnym jest, że Cejrowski <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Terry_Pratchett">Pratchetta</a> czyta i lubi. Książce wychodzi to tylko na dobre: jest przesycona specyficznym humorem. Konstrukcja niektórych scen jako żywo przypomina literackie tricki, które stosuje Pratchett w swoim <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awiat_dysku">Świecie Dysku</a>. Nie brakuje również rozbudowanych, humorystycznych przypisów, które są nieodłączną częścią powieści Terry&#8217;ego Pratchetta.</li>  

<li><strong>Dbałość o warstwę literacką</strong>. Obie książki napisane są piękną polszczyzną. Czuć, że autor to oczytany humanista.</li>  

<li><strong>Opowieści w opowieściach</strong>. Cejrowski ma do opowiedzenia tyle ciekawych rzeczy, że co i rusz główny wątek fabularny powieści przetykany jest innymi opowieściami, a te z kolei &#8211; dodatkowymi wyjaśnieniami czy kolejnymi opowieściami. W efekcie <i>Gringo...</i> staje się właściwie zbiorem krótszych i dłuższych historii z różnych miejsc środkowej i południowej Ameryki. Co ciekawe, nie sprawia to wrażenia totalnego chaosu. </li> 

<li><strong>Fotografie</strong>. Wojtek Cejrowski wszędzie włóczy się z lustrzanką przerzuconą przez ramię. Efekty można podziwiać w książce.</li> 

<li><strong>Przesłanie</strong>. <i>Gringo...</i> to książka mądra, opowiadająca o świecie, w którym pieniądze nie mają żadnej wartości. To książka pełna spostrzeżeń na temat kondycji moralnej współczesnego człowieka. To książka, której bogactwo objawia się właśnie w zestawieniu dwóch odmiennych kultur &#8211; i wniosku, który z tego płynie.<br /> 
<strong>Prawdziwi dzicy to my, nie oni</strong>.</li>  
</ol>

<p>Co tu dużo mówić: <i>Gringo wśród dzikich plemion</i> i <i>Rio Anakonda</i> to najciekawsze i najlepiej napisane współczesne powieści przyrodniczo-przygodowe. Pięknie wydane tomiszcza pochłania się z zapartym tchem, na końcu z niedowierzaniem pytając: &#8222;<i>To już? Już koniec?</i>&#8221;.</p> 

<p>Polecam gorąco. Cejrowski wgniata w ziemię. I miażdży. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=4">Recenzje -> literatura piękna polska</category>
<pubDate>Tue, 11 May 2010 09:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/95/Cejrowski/Gringo_wsrod_dzikich_plemion</guid>
</item>
<item><title>Zemsta zza grobu</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/94/Kossakowska/Upior_poludnia._Pamiec_umarlych</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Upiór południa. Pamięć umarłych"</i></strong> - <strong>Maja Lidia Kossakowska</strong>, wyd. Fabryka Słów, 2010 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Lead recenzji to zwykle doskonałe miejsce na zajawkę fabularną. No, przynajmniej u mnie. Lubię znienacka zaatakować czytelnika potworem, ochlapać krwią czy innym płynem ustrojowym. Istnieje spora szansa, że otumaniony początkiem dobrnie do końca tekstu. Nie oszukujmy się: piszę ku uciesze gawiedzi, mocny cios w potylicę i szybki nokaut słowem pisanym nie zaszkodzi. Więcej nawet: potrafi sprawić cuda. Serio, serio.</strong></p><p>Dlatego w chwilach takich jak ta, jest mi trochę nieswojo. Jak sensownie nakreślić fabułę powieści, którą od biedy dałoby się zamknąć w dwóch zdaniach? Napisałem: dwóch? Przy odrobinie wysiłku umysłowego ograniczyłbym się nawet do jednego zdania, które mogłoby się rozpocząć na ten przykład tak: &#8222;Niecnie zdradzony i podstępnie otruty rewolwerowiec&#8230;&#8221;</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_94/obr_01.jpg" alt="Upiór południa. Pamięć Umarłych." />
</div>

<p>Logicznie rzecz ujmując, autorka musiała doskonale zdawać sobie sprawę z powyższego faktu. Zapewne jestem paskudny i nieco upraszczam sprawę (w podobny sposób sporo powieści udałoby się streścić w jednym zdaniu), ale robię to nie bez powodu. Bo skoro główny wątek fabularny jest prosty jak konstrukcja cepa, to pewnie chodzi o co innego. Dokładnie. Dokładnie tak, <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/93/Kossakowska/Upior_poludnia__Czern">jak poprzednio</a>.</p>

<p class="center">* * *</p>

<p>Gorące powietrze sennie falowało nad rozgrzaną pustynią. Joseph Barlow, szeryf niewielkiego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, kołysał się leniwie w siodle. Miał dosyć. Od dawna miał wszystkiego dosyć. W chwilach takich jak ta, nie był w stanie przypomnieć sobie niczego, co nadawałoby sens jego istnieniu. Aaa, tak. Umierająca córka. Nie mógł przecież zostawić jej samej.</p> 

<p>Trup, którego przypadkowo znaleźli jego chłopcy, tylko nieznacznie zakłócał senną atmosferę popołudnia. Ewidentnie rewolwerowiec. Dziwne, raczej nie został zastrzelony. Pewnie zabiła go pustynia. Koniec śledztwa. Przykryć kamieniami, wracamy do domu. Do córki.</p>  

<p>Skąd mógł wiedzieć, że ten prowizoryczny pogrzeb na zawsze odmieni jego życie?</p>

<p class="center">* * *</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_94/obr_02.jpg" alt="Orisza">
     <p>&#169; D. Broniek, Fabryka Słów</p>
</div>

<p>Musicie uwierzyć mi na słowo, że nawet mimo takiego początku główny wątek fabularny &#8211; tak, ten sam, w którym bryzga krew i walają się zmasakrowane zwłoki &#8211; da się zamknąć w jednym zdaniu. Szkoda, bo to poważna wada tej powieści. Jest jeszcze jedna: drętwe kwestie wypowiadane przez pomocników szeryfa. Z założenia są to ludzie prości &#8211; takie typowe wsiowe przygłupy &#8211; jednak moim zdaniem autorka przesadziła ze stylizacją. W efekcie ich kwestie brzmią sztucznie i miejscami żenująco.</p> 

<p>Po lekturze <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/93/Kossakowska/Upior_poludnia__Czern">pierwszej części cyklu</a> mogliście spodziewać się kolejnej porcji makabry, okraszonej fenomenalnym klimatem i niezgorszym warsztatem literackim. Nie pomyliliście się. Jest gorąco, duszno, lepko, leniwie, choć wcale nie nudno. Autorka sprzedaje nam miks fantastyki, westernu i&#8230; gore co się zowie. Ciężka, przytłaczająca atmosfera kompletnej rezygnacji,  otaczająca szeryfa, robi spore wrażenie. To nie jest stróż prawa rodem z klasycznych westernów &#8211; wiecie: prawy, nieugięty, twardy, szlachetny, cechujący się niebywała sprawnością fizyczną i ponadnaturalną wręcz precyzją w używaniu kolta. Jeśli już miałbym go do kogoś porównać, byłby to z pewnością Clint Eastwood z <a href="http://bez.przebaczenia.filmweb.pl/">Unforgiven</a>. Joseph Barlow to typ wielowymiarowy, zrezygnowany, zdruzgotany przez tragedię, z którą nie jest w stanie sobie poradzić, bo przecież choroby nie da się zastrzelić albo wsadzić za kraty. A jednak, w obliczu niewyobrażalnej grozy, potrafiący wziąć się w garść i&#8230;</p>

<p><i>Pamięć Umarłych</i> koncentruje się wokół mistrzowsko nakreślonej postaci szeryfa, co odbija się &#8211; z konieczności pewnie, bo powieść jest krótka &#8211; na pozostałych bohaterach. Żaden z nich nie dorównuje kreacji Barlowa, są raczej jednowymiarowi, z gruntu źli (ci, jak się domyślacie, nie dożyją końca powieści), dobrzy, głupi, albo służą jako tło. Żaden z nich nie ma prawa zagościć w pamięci czytelnika na dłużej.</p> 

<p><a src="http://www.czytelnia.siata.info/wywiad.php/3/Maja_Lidia_Kossakowska/Mam_na_uslugach_kilka_demonow">Kossakowska</a> po raz drugi oddaje w ręce czytelnika rewelacyjnie napisaną i klimatyczną powieść, której warstwa literacka nie dorównuje fabule. Muszę jednak uczciwie przyznać, że  historia podobała mi się znacznie bardziej, niż w przypadku <i>Czerni</i>. Nie mam wątpliwości, że to zasługa Barlowa &#8211; bo przecież nie cukierkowego zakończenia. Podkreślić należy natomiast jeszcze jeden fakt: ta powieść napisana jest INACZEJ niż pierwsza część cyklu. Autorka zrezygnowała z surowej, reporterskiej wręcz narracji pierwszoosobowej na rzecz klasycznej trzecioosobowej, zdynamizowanej użyciem czasu teraźniejszego. Próżno też szukać tutaj sekwencji krótkich równoważników zdań, tak częstych w <i>Czerni</i>. Zamiast tego długie, nierzadko wielokrotnie złożone zdania, często długości akapitu, świetnie oddające atmosferę i tempo akcji. Ogromne brawa!</p>

<p>Odkładam książkę na półkę i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zarówno <i>Czerń</i> jak i <i>Pamięć Umarłych</i> to specyficzny eksperyment literacki Kossakowskiej. Sprawdzian umiejętności. Wprawka w pisaniu. Być może również papierek lakmusowy na czytelników: zobaczymy, czego dranie najbardziej po mnie oczekują? Warsztatu? Magii? Egzotycznej mitologii? Historii? Pani Maju: wszystkiego na raz. Najlepiej zmiksowanego i podanego tak, żeby zapierało dech w piersiach.</p> 

<p>Pozostaje mieć nadzieję, że autorka faktycznie szlifowała warsztat przed kolejnymi książkami. Życzyłbym sobie, wam i Autorce, aby były one o niebo lepsze od cyklu <i>Upiór Południa</i>.</p>  

<p>PS. Ilustracje <a href="http://www.myspace.com/dominikbroniek">Dominika Brońka</a> dalej epatują dosłownością. Na szczęście tutaj jest ich zdecydowanie mniej. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Tue, 13 Apr 2010 19:40:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/94/Kossakowska/Upior_poludnia._Pamiec_umarlych</guid>
</item>
<item><title>Afryka dzika</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/93/Kossakowska/Upior_poludnia._Czern</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Upiór południa. Czerń"</i></strong> - <strong>Maja Lidia Kossakowska</strong>, wyd. Fabryka Słów, 2010 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Nie każdy afrykański bóg to z definicji wredna, mściwa i krwiożercza bestyja. Taki, być może  zaskakujący wniosek można wyciągnąć z ledwie pobieżnej analizy panteonu Joruba. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że przykładowo taka Oszun - bogini miłości - na śniadanie łyka surowe, jeszcze bijące serca  wyrwane z piersi czarnoskórych kochanków. Nie łyka. I właśnie dlatego to nie ona jest bohaterką tej historii.</strong></p><p>Jacek Wilczyński był doświadczonym reporterem wojennym. Krwawe potyczki zwaśnionych kacyków afrykańskich, czystki etniczne, pocięte maczetami trupy walające się w przydrożnych rowach były dla niego chlebem powszednim. Kule się go nie imały - być może dlatego, że zwykle na polu bitwy zjawiał się razem z hienami. Legitymacja prasowa zdawała się skutecznie go chronić. Do czasu. Pewnego gorącego dnia w Lagos, największym mieście Nigerii, rozpoczęła się eskapada, która bezpowrotnie odmieniła jego życie.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_93/obr_01.jpg" alt="Upiór południa. Czerń." />
</div>

<p>Traumatyczne przeżycia zakończyły się nie tylko obrażeniami czysto fizycznymi. Wilczyński wylądował w szpitalu z załamaniem nerwowym, urazem psychicznym oraz czymś, co początkowo wyglądało na urojenia. Mówiąc wprost: pacjent na jawie widział trupy. Jak żywe.</p>

<p><cite>&#8222;Mimo leków, terapii, sanatoriów i całej reszty szajsu nie udało mi się pozbierać (&#8230;). Byłem i jestem trzęsącą się ze strachu kupą niezdrowe tkanki mózgowej. Szaleńcem. Świrem z urojeniami.&#8221;</cite></p>

<p>Kiedy tradycyjna medycyna zawiodła, należało sięgnąć po bardziej radykalne, aczkolwiek dla białego człowieka praktycznie nieakceptowalne, metody. Afrykańskie metody. Europejczyk nigdy nie uwierzy, że został opętany przez jakiegoś afrykańskiego <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Orisza">oriszę</a>. Nigdy?</p>

<p>Jakby tego było mało, ten konkretny <i>orisza</i> wcale nie był przyjemnym gościem&#8230;</p>

<p class="center">* * *</p>

<p><i>Czerń</i> to pierwszy z czterech tomów cyklu <i>Upiór południa</i>. Wierzcie mi, niełatwo pisać o takiej książce. Jak mawiał <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_Och%C3%B3dzki">Ryszard Ochódzki</a>, rozchodzi się o to, żeby plusy nie przysłoniły nam minusów&#8230; albo na odwrót. Może po kolei.</p>

<p>Brawa, bez dwóch zdań, należą się autorce za formę. Fenomenalna narracja pierwszoosobowa pełna krótkich, dynamicznych równoważników zdań idealnie oddaje stan umysłu bohatera i buduje klimat: mroczny, dziwaczny, pełen niezrozumiałych zdarzeń, obcych rzeczy, afrykańskiej magii. Dodajmy do tego nieliniową chronologię wydarzeń&#8230; Efekt? Jestem pod ogromnym wrażeniem.</p> 

<p>Szacunek należy się Kossakowskiej za wspomnianą magię. Autorka uwielbia babrać się w egzotycznych wierzeniach i kulturach &#8211; ciszę się, że w każdej jej książce czeka mnie wycieczka w inne rejony świata, do niecodziennych miejsc, ale przede wszystkim - do tajemniczego świata duchów i bóstw o egzotycznych nazwach.</p> 

<p>Kolejny plus należy się autorce za realia powieści. Spodobał mi się na ten przykład fakt, że hotel, w którym pomieszkiwał Wilczyński, <a href="http://maps.google.pl/maps?f=q&amp;source=s_q&amp;hl=pl&amp;geocode=&amp;q=Lagos,+Meridien&sll=6.450923,3.479576&amp;sspn=0.117014,0.154324&amp;ie=UTF8&amp;hq=Meridien&amp;hnear=Lagos,+Nigeria&amp;ll=6.427224,3.428829&amp;spn=0.007314,0.009645&amp;t=h&amp;z=17&amp;iwloc=A">mogę sobie zobaczyć na mapie</a>. Lubię takie pomieszanie twardej rzeczywistości z niewytłumaczalnymi zjawiskami.</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_93/obr_02.jpg" alt="Orisza">
     <p>Orisza &#169; D. Broniek, Fabryka Słów</p>
</div>

<p>Niestety, dalej nie będzie tak różowo. Po pierwsze: ilustracje <a href="http://www.myspace.com/dominikbroniek">Dominika Brońka</a>. Do tej pory lubiłem faceta, o jego grafikach z przyjemnością wspomniałem w niejednej recenzji. Ale tego, co wyprawia na kartkach <i>Czerni</i> nijak nie mogę zaakceptować. Ilustracje epatują dosłownością: urwanymi kończynami, wywalonymi bebechami, dziurami w głowach. Jakby wydawnictwo &#8211; i grafik &#8211; uznali, że wyobraźni mi nie starczy. Krwiste, obrzydliwe i zupełnie niepotrzebne. Dawno już nic tak nie przeszkadzało mi w lekturze.</p>

<p>Historia, którą przedstawia Kossakowska, nie zachwyca. Całe szczęście, że styl powieści skutecznie maskuje miałkość fabuły i niespecjalne zakończenie. Do tego powieść jest krótka: to typowy przykład książki, którą łyka się &#8222;na dwa razy&#8221; &#8211; połóweczka jednego wieczora, reszta następnego. Zaskakujące, że na tą drugą połówkę nie miałem specjalnej ochoty. Historia to największy minus tej powieści.</p> 

<p>Przy okazji małe ostrzeżenie: ta książka to najbardziej brutalny i dosadny wyczyn w dorobku literackim Kossakowskiej, jaki przyszło mi czytać. Wspomniana już krew i urwane kończyny gwarantowane. Więcej nawet: te brutalnie i krwiste sceny to najlepsze fragmenty powieści - pewnie dzięki perspektywie, z jakiej są opisywane. Autorka dostaje plusa za odwagę. Przy okazji również za &#8222;męskiego&#8221; i &#8222;ludzkiego&#8221; Wilczyńskiego  (po lekturze <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/68/Kossakowska/Ruda_Sfora">Rudej Sfory</a> można się było spodziewać kolejnych ciapowatych i schematycznych bohaterów).</p>

<p>Podsumowując: gdyby nie fakt, że zakupiłem od razu dwa tomy <i>Upiora południa</i>, po lekturze pierwszej części cyklu autorka raczej nie dostałaby ode mnie drugiej szansy. Mimo kapitalnej formy. Mimo ciekawej mitologii. A tak z rozpędu sięgnąłem po <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/94/Kossakowska/Upior_poludnia__Pamiec_umarlych">Pamięć umarłych</a> i&#8230;</p> 

<p>&#8230; ale to już zupełnie inna historia. Zanim o tym opowiem (pewnie w <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/94/Kossakowska/Upior_poludnia__Pamiec_umarlych">następnej recenzji</a>) pozwolę sobie na małą dygresję. <a src="http://www.czytelnia.siata.info/wywiad.php/3/Maja_Lidia_Kossakowska/Mam_na_uslugach_kilka_demonow">Kossakowska</a> to autorka, którą znam - i cenię - od dobrych kilkunastu lat. Zachwycała mnie swego czasu opowiadaniami o aniołach (choć przecież nie tylko takie pisała), pomysłami. Natomiast nigdy specjalnie nie ujął mnie jej warsztat czysto literacki. Dlatego <i>Czerń</i> formą dosłownie zwaliła mnie z nóg. To zupełnie nieprawdopodobne, że jedna z moich - mimo wszystko - ulubionych autorek potrafi TAK pisać.</p> 

<p>I właśnie dlatego jestem podwójnie rozczarowany <i>Czernią</i>. Ogromna zwyżka formy i&#8230; kompletnie nie nadążająca za nią historia. Zabrakło tego tajemniczego &#8222;czegoś&#8221;, tego niedefiniowalnego składnika, który czyni powieść wyjątkową i zapierającą dech w piersiach.</p>

<p>Na półce z napisem &#8222;Do przeczytania&#8221; stoi sobie <a href="http://fabryka.pl/ksiazki.php?id=373">Zbieracz Burz</a>. Życzyłbym sobie, aby był napisany równie dobrze, jak <i>Czerń</i>. I żeby był sto razy ciekawszy. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Mon, 29 Mar 2010 10:20:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/93/Kossakowska/Upior_poludnia._Czern</guid>
</item>
<item><title>Końca nie widać... końca nie widać...</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/92/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._3</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Pan lodowego ogrodu, t. 3"</i></strong> - <strong>Jarosław Grzędowicz</strong>, wyd. Fabryka Słów, 2009 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Tam... jest kosmos. Za tym sufitem. I tam, w kosmosie, na dalekiej planecie, Vuko &#039;Nitj&#039;sefni&#039; Drakkainen wchodzi na pokład lodowego okrętu. Okręt nie jest... normalny. Jego stwórca oraz miejsce, do którego statek płynie, najwyraźniej też nie. Mimo tego tuż za sobą słyszy tupot nóg przyjaciół. Nie zamierzają go opuścić. Nie tym razem.</strong></p><p>Dobra. Bez owijania w bawełnę. Prosto z mostu. Jednym zdaniem. Bez ściem. Brutalna prawda. Chcecie tak? Proszę bardzo. Po czwarty tom <i>Pana Lodowego Ogrodu</i> polecę z wywieszonym do pasa jęzorem. Po trzeci tak właśnie poleciałem. Metaforycznie, oczywiście, bo książki zamawiam przez Internet. Trzeci tom przygód Ulfa i Filara pieściłem w wygłodniałych łapach już dzień po premierze. Prawie siłą powstrzymałem się przed lekturą i zrobiłem to, co należało. Znaczy się, sięgnąłem raz jeszcze po <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/76/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu__t__2">tom drugi</a>. Lubię się wstrzelać w klimat. W efekcie pożarłem <i>circa about</i> 1100 stron w ciągu trzech nocy. Czy trzeba pisać coś więcej?</p>

<p>Trzeba.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_92/obr_01.jpg" alt="Pan Lodowego Ogrodu - tom 3" />
</div>

<p>Kilka dni temu przypadkowo natknąłem się na <a href="http://www.secretum.pl/component/option,com_resource/Itemid,149/article,302/category_id,7/controller,article/">wywiad</a>, swoją drogą niespecjalny, z <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Jaros%C5%82aw_Grz%C4%99dowicz">Jarkiem Grzędowiczem</a>. Czytam sobie spokojnie, popijając ulubione ziółka, i nagle widzę co następuje: <i>Mam bardzo ambiwalentne odczucia co do jakości recenzji internetowych. Według mnie to w ogóle nie bardzo są recenzje. Raczej osobiste, swobodne wypowiedzi o stanie umysłu tego, kto przeczytał książkę, niekoniecznie ze zrozumieniem, a niewiele tam jest o samej książce</i>. Panie Jarku, niniejszym chciałem Panu zakomunikować, że chromolę <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Recenzja">prawdziwe recenzje</a>. Pan konsekwentnie <em>wgniatasz w ziemię i miażdżysz</em>. Oto moja osobista, swobodna wypowiedź, na podstawie której możesz Pan wnioskować o stanie mojego umysłu. Zwichrowany, nieprawdaż? Nic nie poradzę, że na każdą Pana książkę czekam z utęsknieniem. Nic nie poradzę, że w Pana książkach odnajduję klimat, jakiego szukam w fantastyce. No, nic nie poradzę. Miłość jest ślepa.</p>
 
<p>Ślepa, ale nie do końca. Trudno wymagać od pisarza, aby każde jego dzieło było równie genialne, jak poprzednie. Można wymagać, aby każde było lepsze niż poprzednie &#8211; ale takie cuda zdarzają się jeszcze rzadziej. Sami wiecie, że wśród <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/57/Grzedowicz/Ksiega_jesiennych_demonow">opowiadań Grzędowicza</a> znajdują się słabsze, lepsze i genialne. Podobnie z powieściami. Więcej nawet: w obrębie jednej powieści są fragmenty lepsze, są gorsze, są genialne. Dorzućmy do tego znany skądinąd fakt, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i&#8230; No właśnie. Tom drugi <i>Pana Logowego Ogrodu</i> spotkał się z mieszanym przyjęciem. Jedni chwalili pod niebiosa, drudzy psioczyli &#8211; jak to w życiu. Przykłady znajdziecie chociażby <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/76/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._2#komentarze">na moim podwórku</a>. Polecam szczególnie jeden skrajny komentarz, autorstwa niejakiego McLovina, który można streścić słowami: ta dwójka to straszna kupa i mielizna. Do czego zmierzam? Ano do tego, że ocena III tomu naszej ulubionej polskiej powieści fantastycznej zależy przede wszystkim od oczekiwań.</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_92/obr_02.jpg" alt="" />
     <p>&copy; D. Grzeszkiewicz, Fabryka Słów</p>
</div>

<p>Obiektywnie jest to świetnie wydana powieść, zapakowana &#8211; precz z obiektywizmem! &#8211; w brzydką okładkę. W środku 497 samoczytających się stron. Wielokrotnie pisałem, że Grzedowicz to mistrz słowa i nastroju &#8211; nie inaczej jest tym razem. Przede wszystkim należy podkreślić kapitalne wyczucie dynamiki tekstu, szczególnie w scenach akcji. Wiele z nich to prawdziwy majstersztyk językowy: dobrym przykładem jest pojedynek N&#8217;Dele&#8217;a z Czarnym Urfą.</p>  

<p>Słówko o fabule. Bez obaw &#8211; nie ma tu żadnych spoilerów. W III tomie <i>Pana Lodowego Ogrodu</i> po raz kolejny przeplatają się opowieści dwóch głównych bohaterów: Vuko i młodego cesarza. Podobnie jak wcześniej, oczekujcie narracji pierwszo- i trzecioosobowej oraz rozdziałów na przemian opowiadających o losach każdego z nich. Tym razem jednak nie ma wyraźnej przewagi krwistej akcji po stronie jednego z bohaterów &#8211; każdy z nich znajdzie czas zarówno na chwilę namysłu, jak i na mniej lub bardziej brutalną rzeź. Cieszę się, że autora ciągle bawi ładowanie kłód pod nogi bohaterom &#8211; niewiele tu rzeczy i rozwiązań, które przychodzą łatwo. Oczywiście, tradycyjnie już, spodziewajcie się niesamowitych scenerii - tym razem czeka was wizyta w psychodelicznej dolinie Naszej Pani Bolesnej i w tytułowym Lodowym Ogrodzie. Wszystko to zostało okraszone niezliczonymi nawiązaniami do kultury i popkultury (<i>Obcy</i>, <i>Czas Apokalipsy</i> etc.) oraz podlane oszczędnym, ale niezmiennie bawiącym humorem. <i>Chapeaux bas</i>, panowie i panie!</p>
 
<p>Wspomniany już wyżej McLovin zarzucał dwójce między innymi fakt, że &#8222;idą i nie dochodzą nigdzie&#8221;. Spieszę poinformować, że w trójce idą, płyną i wreszcie gdzieś dochodzą. Przy okazji sporo spraw się wyjaśnia. Na końcu zaś&#8230; Cóż, jako żywo wracają do mnie odczucia, które miałem odkładając na półkę <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/29/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._1">tom I</a>. Po prostu nienawidzę idei wydawania TAKICH powieści w tomach. Nienawidzę.</p>
 
<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_92/obr_03.jpg" alt="" />
     <p>Karta, którą znajdziecie w książce &copy; D. Broniek</p>
</div> 
 
<p>Większość recenzentów III tomu <i>Pana Lodowego Ogrodu</i> podkreśla fakt, że to, co początkowo wydawało się być li tylko powieścią stricte rozrywkową, nagle nabrało głębi. Zgodzę się, ale nie bezwarunkowo. Książka zmusza do refleksji, zwykle smutnych. Niestety, dalsza dyskusja wiązałaby się ze zdradzaniem szczegółów fabuły, więc poprzestanę na następującym stwierdzeniu: solą tej powieści ciągle i niezmienne są wyśmienite pomysły autora, akcja i klimat. Generalnie, Grzędowicz robi po prostu z wyobraźnią czytelnika to, na co akurat ma ochotę. Nikt mnie nie przekona, że ta druga, głębsza warstwa powieści jest dominująca albo że jest specjalnie odkrywcza. Co nie znaczy oczywiście, że jest niepotrzebna. W ilu to już książkach czytaliśmy, że próba bycia bogiem to nieszczególnie dobry pomysł? Że zakłócanie naturalnej równowagi prowadzi do katastrofy? Że to, co dla nas jest szczęściem, wcale szczęściem nie musi być dla innych? Że efekt motyla występuje nie tylko w przyrodzie, ale równie dobrze może dotyczyć zachowania wszelkich układów nieliniowych, w tym w szczególności społeczeństw? Że bezmyślny postęp może prowadzić do katastrofy? I wreszcie &#8211; że grzebanie w rzeczach, o których nie ma się pojęcia, musi skończyć się źle?</p>

<p>Pozostaje mieć nadzieję, że tom czwarty ukaże się szybko i będzie zarazem tomem ostatnim. Powieść, która początkowo wydawała się być dwutomowa, rozrosła się autorowi do ponad tysiąca sześciuset stron. Niby już mocno śmierdzi końcem, ale ciągle brakuje pewności, że czwarty tom będzie faktycznie tomem ostatnim. Na chwilę obecną nie wiadomo nawet, kiedy się ukaże. Z jednej strony &#8211; dobrze. Grzędowicza czyta się po prostu świetnie. Z tej drugiej&#8230; szkoda, że nie można od razu wskoczyć do świata Midgaard i zobaczyć, jak to się skończy.</p>
 
<p>A propo: niezwykle trudne zadanie przed autorem. Oczekiwania czytelników po trzecim tomie jeszcze bardziej urosną. Wierzę, że Grzędowicz świetnie o tym wie i że weźmie sobie do serca poniższą mądrość pewnego polityka, którą nieznacznie tylko sparafrazowałem: <i>prawdziwego pisarza poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy</i>. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Thu, 17 Dec 2009 17:30:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/92/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._3</guid>
</item>
<item><title>Góralska nuta</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/91/Szostak/Wichry_Smoczogor</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Wichry Smoczogór"</i></strong> - <strong>Wit Szostak</strong>, wyd. Runa, 2009 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Stary Ryś siedział na ganku, popijał napar z lipy i wypatrywał wiosny. Tak i wypatrzył - ale nie to, czego szukał. W dole polany ukazał się zgarbiony człek. Ryś, mimo podeszłego wieku, rozpoznał go bezbłędnie nawet z takiej odległości. Zdecydowanie wolałby wiosnę.</strong></p><p>Stary Smyk nie miał wyjścia. Obaj górale niespecjalnie się lubili, więc i kontaktów raczej nie utrzymywali. Mimo tego to właśnie Ryś był jedynym człowiekiem w całych Smoczogórach, który mógł mu pomóc. Bo stało się raz, że się staremu Smykowi dusza przewróciła. A jak powszechnie wiadomo, z przewróconą duszą żartów nie ma.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_91/obr_01.jpg" alt="Wichry Smoczogór" />
	  <p>[wykorzystano ilustrację Małgorzaty Pudlik]</p>	
</div>

<p>Kiedy wydawało się, że ów nielichy problem był jedynym powodem wizyty górala u gęślarza, Smyk poprosił o rzecz pozornie łatwiejszą: o przechowanie starych dud. Od tego właśnie zaczęły się wszystkie kłopoty. A przynajmniej na początku tak się właśnie wydawało&#8230;</p>

<p>Mam w domu miejsce, w którym przebywają książki z etykietką &#8222;do przeczytania&#8221;. Technicznie rzecz ujmując, są to trzy sporej wielkości półki, na chwilę obecną okupowane przez - na oko - pół setki tomiszczy. Niektóre z tych książek leżą tam od wielu lat. Ciągle obiecuję sobie, że kiedyś powiem &#8222;dość!&#8221;, przestanę wydawać kasę na nowości, znajdę czas i przeczytam wszystko, co kupiłem wcześniej. Niestety, to nie takie proste.</p>

<p>Powieść, o której sobie dzisiaj porozmawiamy, leżała na wspomnianej półce blisko 6 wiosen. W tym czasie zdążyła zdobyć nominację do nagrody Zajdla, <a href="http://www.skf.org.pl/?plik=slakfa">nagrodę Śląkfy</a>, a jej autor napisał i wydał następne trzy książki - każdą z nich w mniejszy lub większy sposób powiązaną z <i>Wichrami Smoczogór</i>. Fakty mówią same za siebie: z pewnością mamy do czynienia z powieścią nietuzinkową. Czy oznacza to: doskonałą?</p>

<p>Zacznijmy od początku. Pierwszy problem, który napotykają recenzenci próbujący znaleźć klucz do powieści <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Wit_Szostak">Wita Szostaka</a> tkwi w odpowiedzi na pytanie: do jakiego gatunku zaklasyfikować <i>Wichry Smoczogór</i>? Sprawa nie jest prosta. Pewne jest jedno: mamy tutaj do czynienia z opowieścią inspirowaną kulturą ludową, konkretnie: folklorem góralskim. I nie chodzi tutaj jedynie o fabułę - forma książki, warstwa czysto literacka, słownictwo, rytm zdań jako żywo przypominają gawędę góralską. Sam autor tego nie kryje, <a href="http://www3.radiokrakow.pl/web/zest_audycje_tamizpowrotem/zest_audycje_tamizpowrotem442.mp3">bez ogródek mówiąc</a>: <i>chciałem opowiedzieć o tym świecie jego językiem</i>. Zaraz, zaraz, o jakim świecie? Spodziewacie się, że wspomniani we wstępie górale to dobrze znane juhasy z &#8222;heń, wysokich Tatyr&#8221;? Że góry, o których mowa w powieści, to nasze swojskie, polskie szczyty? A nieprawda. Autor swoją historię opowiada niby językiem górali, ale bohaterowie i sceneria, w której się znajdują, to już wymysł jego wyobraźni. Szostak pełnymi garściami czerpie ze skarbnic folkloru: Podhala, Huculszczyzny, a jednocześnie <i>wykreowany świat nie jest jakimś  etnograficznym</i> - ani tym bardziej: geograficznym - <i>odwzorowaniem rzeczywistości. To tylko klimat, rozpoznawalny, dobrze przyswojony przez Polaków, na którego kanwie pisarz bawi się we własne opowieści, w mitotwórcze zabiegi.</i> To pozwala bezpiecznie zaklasyfikować powieść Szostaka do fantastyki. Dla pewności skorzystamy z definicji, którą proponuje sam autor, a według której <i>fantastyka to jakakolwiek literatura, która, budując świat przedstawiony, próbuje przekraczać czysty, konwencjonalny realizm</i>. Pasuje. Całkiem ładna i niebywale pojemna definicja, nieprawdaż?</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_91/obr_02.jpg" alt="Wichry Smoczogór" />
	  <p>[wykorzystano ilustrację Małgorzaty Pudlik]</p>		
</div>

<p>Idźmy dalej. Szostak bez ogórek przyznaje się do inspiracji dziełami Tolkiena, szczególnie <i>Władcą Pierścieni</i>. I dobrze, bo nie ma się czego wstydzić. Na potrzeby <i>Wichrów Smoczogór</i> autor, jako się rzekło, tworzy mitologię, a co za tym idzie na kartkach powieści pojawiają się archetypy mitologiczne: starcy, mędrcy, wędrowcy etc. Skoro tak, skoro bohaterowie są raczej schematyczni, to może chociaż sama opowiedziana historia powala? Nic z tych rzeczy. Fabuła powieści, niespecjalnie wciągająca i raczej nieskomplikowana, staje się tylko pretekstem do zabawy językiem, hipnotyzowania klimatem, do snucia opowieści o świecie, który <i>jest skomplikowany i niejednoznaczny, choć z drugiej strony oparty na wyraźnych wartościach i filozofii</i>. Tutaj docieramy do sedna: to właśnie ten niebywały, leniwy, góralski klimat, te niewiarygodne wręcz góralskie wierzenia i mity stanowią o sile powieści Wita Szostaka. To wszystko - plus muzyka.</p> 

<p><i>(&#8230;) Moją prawdziwą pasją jest muzyka ludowa, jej miejsce w strukturze dawnych wspólnot tradycyjnych, jej rola w kształtowaniu pewnej archaicznej wizji świata</i> - <a href="http://katedra.nast.pl/artykul/3673/Wywiad-z-Witem-Szostakiem/">zdradza autor</a>. Sięgając po <i>Wichry Smoczogór</i> należy spodziewać się muzyki wylewającej się z kart powieści. I rzeczywiście: muzyka wśród smoczogórskich górali odgrywa niebywała rolę: nie tylko towarzyszy im w codziennym życiu, nie tylko pozwala radzić sobie z kłopotami, nie tylko pozwala zapomnieć o trudach codzienności, ale tłumaczy i&nbsp;&nbsp;<em>TWORZY</em> świat, w którym żyją. Tworzy - i zmienia. Jak modlitwa. Gęślarze, którzy posiedli zdolność grania&nbsp;&nbsp;<em>PRAWDZIWEJ</em> muzyki, stają się mędrcami, szamanami, a zdolność grania odwiecznych pieśni powoduje, że nawiązują kontakt z zaświatami, czyli miejscem, do którego zwykły zjadacz chleba nie ma dostępu. Muzyka zmienia zarówno jej twórcę (wykonawcę), jak i słuchaczy oraz rzeczywistość, w której się znajdują. Przyznacie, że to ciekawy koncept. To jednak nie wszystko.  <a href="http://katedra.nast.pl/artykul/3673/Wywiad-z-Witem-Szostakiem/">Posłuchajmy samego autora</a>, który mówi niby o swojej kolejnej powieści, ale jego słowa doskonale pasują również do <i>Wichrów...</i>: <i>Nie ma opowieści poza językiem, opowieści &#8211; parafrazując Heideggera &#8211; wydarzają się w mowie. Opowieści nie są oglądaniem jakiegoś świata, ale jego opowiadaniem. Stąd moja koncepcja, że literaturze bliżej jest do muzyki, do pieśni, niż do filmu.(&#8230;) Ja jednak mam silne poczucie, że język nie tyle &#8222;wygląda&#8221;, co &#8222;brzmi&#8221; - stąd silne związki mojego pisania z muzyką. Nie tylko w warstwie treściowej, ale przede wszystkim formalnej.</i></p>

<p><i>Wichry Somoczogór</i> to opowieść o przemijaniu. Nie tylko ludzi, ale przede wszystkim czasów. To historia świata, który z każdym pokoleniem odchodzi w niepamięć, umiera wraz z ludźmi, którzy nie mają komu przekazać swojej wiedzy, umiejętności, odwiecznych pieśni.</p>

<p>Z powyższej pisaniny możecie wywnioskować co nieco. Powieść Wita Szostaka z pewnością nie jest klasyczną  fantastyką, do jakiej przywykliście. Akcja, co rusz przetykana filozoficznymi dysputami bohaterów, opowieściami w opowieści, toczy się niespiesznie, pozwalając delektować się górami, folklorem, wykreowaną przez autora mitologią. Aby to jednak było możliwe, potrzeba sporo czasu, spokojnego, najlepiej jesiennego wieczoru i otwartego umysłu, do tego wrażliwego na piękno gór - i muzykę oczywiście. Jeśli zabraknie któregoś z tych czynników, istnieje ryzyko, że książkę uznacie za nudną i przegadaną. Byłoby szkoda. Tym bardziej, że autor deklaruje: <i>Na mówienie rzeczy nieważnych szkoda mojego czasu i czasu czytelników</i>. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Wed, 02 Dec 2009 23:30:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/91/Szostak/Wichry_Smoczogor</guid>
</item>
<item><title>A nad nim szumiał gaj</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/90/Piekara/Alicja_i_Ciemny_Las</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Alicja i Ciemny Las"</i></strong> - <strong>Jacek Piekara</strong>, wyd. Red Horse, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Drugi tom przygód Aleksa i Alicji to książka diametralnie różna od części pierwszej. Rok temu Piekara zaserwował nam mroczną historię, której bohater w tajemniczy sposób, na skutek przypadkowego (?) spotkania z nastoletnią nieznajomą ulega niewytłumaczalnej metamorfozie. Zakompleksiony, pogrążony w depresji nieudacznik przeistacza się w sławnego i bogatego scenarzystę. Niestety, wszystko ma swoją cenę.</strong></p><p>I tak w otoczeniu Aleksa zaczynają mnożyć się dziwaczne, straszne, nie mające racjonalnego wyjaśnienia zdarzenia. Nawet sen nie przynosi ulgi: koszmarny kruk wieszczy kres nowego, jakże przyjemnego życia.</p> 

<p>Czas zapłaty.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_90/obr_01.jpg" alt="Alicja i ciemny las" />
</div>

<p>Zarys fabuły <i>Alicji i ciemnego lasu</i> dałoby się od biedy zamknąć w kilku zdaniach. Dziewczynka zniknęła. Aleks wyrusza z pomocą i trafia do Ciemnego Lasu, gdzie czeka go wiele niebezpieczeństw. Czy uda mu się odnaleźć i ocalić uwięzioną przez złe moce Alicję? Czy wydostanie się z przeklętego Lasu? Czy wszystko skończy się dobrze?</p>

<p>A jak myślicie? No, właśnie...</p> 

<p>Wycieczka do Ciemnego Lasu, którą funduje nam Piekara, jest tak skrajnie różna od moich oczekiwań, że na dobrą sprawę mogłaby stanowić osobną książkę. Co więcej, wcale bym się nie obraził, gdyby tak właśnie było. Wtedy mógłbym oceniać ją osobno. Nie byłaby to ocena wysoka.</p> 

<p>Co tu dużo mówić: Piekara mnie rozczarował. Cała ta metafizyczna otoczka, którą zaproponował w drugim tomie powieści faktycznie sprowadza się do prostej bajki o wartościach, które są najważniejsze w życiu. Tak więc autor opowiada nam o miłości, która pokonuje wszystkie przeciwności. Pisze o bohaterstwie, którym <cite>czasami jest umiejętność prowadzenia zwyczajnego życia w zwyczajnym, codziennym świecie</cite>. Dla niepoznaki okrasza to wszystko makabrycznymi opowieściami, których bohaterami są mniej lub bardziej znane postaci z bajek i sporą dawką seksu. Co gorsza, całość przypomina grę RPG (szczególnie fragment ze zdobywaniem kluczy do bramy Miasta), w której bohater zalicza kolejne <i>questy</i> i pokonuje sprytem i, że się tak wyrażę: siłą uczucia, kolejnych bossów. Wygląda na to, że Piekara doskonale zdaje sobie z tego sprawę &#8211; jest w powieści fragment, w którym Aleks dostrzega podobieństwo swoich działań do gry komputerowej.</p> 

<p>Gdyby chociaż historia nie była taka przewidywalna&#8230; gdyby powieść kończyła się jakoś inaczej&#8230; gdyby autor nadrabiał warsztatem literackim&#8230;</p> 

<p>Ujmę to tak: pierwsza część przygód Aleksa to wciągająca powieść, którą łyka się w niecałe dwie godziny, zaostrzająca apetyt na więcej. Po takim początku czytelnik oczekuje co najmniej potężnego ciosu w potylicę. Zamiast tego dostaje prostą filozofię, gadki o potędze miłości, banalne, nic nie wnoszące przygody okraszone smokami i innym magicznym tałatajstwem. I bohatera, w którym czyta jak w otwartej księdze: nudnego i przewidywalnego, który ze wszystkich tarapatów wychodzi cało. Nie kupuję tego &#8211; bo niestety nie tego oczekiwałem. Powieść przypomina balon, który autor napompował do granic możliwości (pierwszy tom), a potem, zamiast go z hukiem rozwalić, po prostu spuścił powietrze (tom drugi).</p> 

<p>Odkładam książkę na półkę z przekonaniem, że na dobrą sprawę nie wiem nawet, do kogo autor zaadresował swoją powieść. Pierwszy tom wyraźnie wskazywał na czytelnika dorosłego. Drugi natomiast oczywistością zawartego w niej przesłania (miłość zwycięży wszystko), prymitywnymi rozwiązaniami fabularnymi i prostą jak cep konstrukcją bohatera pluje temu czytelnikowi w twarz. Chyba po raz pierwszy po lekturze książki czuję się oszukany.</p> 

<p>Przecież było tak pięknie&#8230;</p>

<p>Podsumujmy. Przeczytajcie <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/70/Piekara/Alicja">pierwszy tom przygód Aleksa i Alicji</a>. Mimo że cała kupa wątków pozostanie otwarta i niedopowiedziana, potraktujcie go jako skończoną całość. Ewentualnie we własnym zakresie dopowiedzcie sobie ciekawe, satysfakcjonujące was zakończenie. Lektura <i>Alicji i ciemnego lasu</i> nie jest dobrym pomysłem. Podejrzewam, że znacznie lepiej zrobicie sięgając po najnowsze przygody niesławnego inkwizytora, które właśnie ukazały się na rynku i &#8211; co ważniejsze &#8211; zbierają generalnie pozytywne recenzje. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Mon, 22 Sep 2008 06:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/90/Piekara/Alicja_i_Ciemny_Las</guid>
</item>
<item><title>Najdłuższa podróż</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/89/Simmons/Terror</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Terror"</i></strong> - <strong>Dan Simmons</strong>, wyd. PW Rzeczpospolita SA, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>&quot;Spróbuj chociaż raz north-westowe przejście zdobyć ~  
Znajdź miejsca gdzie zimował Franklin u Beauforta Wrót ~ 
Wykuj własny szlak przez kraj dziki i surowy ~ 
Przejdź drogą Północ-Zachód poza lód...&quot;*.</strong></p><p><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/John_Franklin">Sir John Franklin</a>, &#8222;człowiek, który zjadł własne buty&#8221;, należał do tego gatunku ludzi, o których mówi się: miał duszę podróżnika i odkrywcy. Znaczy się, szaleniec. Pierwszą wyprawę w okolice Arktyki odbył w 1818r., wtedy jeszcze pod dowództwem <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/David_Buchan">Davida Buchana</a>. Zafascynowany nieznanym lądem już  rok później poprowadził <a href="http://en.citizendium.org/wiki/John_Franklin#Second_Expedition">blisko czteroletnią wyprawę lądową</a> na północno-zachodnie terytoria Kanady. Przeżyła ją niecała połowa ludzi, których ze sobą zabrał. Tylko dziewięciu skrajnie przemarzniętym i wyczerpanym podróżnikom, w najgorszych momentach żywiących się&#8230; własnymi butami (sic!), udało się wrócić. To właśnie wtedy Franklin zdobył swój sławny przydomek.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_89/obr_01.jpg" alt="Terror" />
	  <p>fragment ilustracji z "The Illustrated London News", #394, 13.10.1849r.</p>	
</div>

<p>Myślicie, że fiasko pierwszej ekspedycji zatrzymało Franklina w bezpiecznej Anglii? A może powstrzymała go umierająca na gruźlicę żona? Nic z tych rzeczy. Trzy lata po powrocie z Kanady wyrusza na kolejną wyprawę arktyczną &#8211; tym razem w dół najdłuższej kanadyjskiej rzeki Mackenzie. Celem jest zbadanie wybrzeża <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Beaufort_Sea">morza Beauforta</a>. Lepiej przygotowana wyprawa tym razem odnosi sukces &#8211; Franklinowi udaje się wyrysować mapy blisko 600 mil wybrzeża i jest bliski odnalezienia owianego legendami przejścia łączącego Atlantyk z Pacyfikiem.</p> 

<p>To właśnie ta wyprawa przynosi mu międzynarodową sławę. W rodzinnej Anglii otrzymuje tytuł szlachecki, złoty medal Paryskiego Towarzystwa Geograficznego i doktorat honorowy Oxfordu. Jak się domyślacie, nie jest to dobry powód, by porzucić podróże. W 1836 roku, wraz z nową żoną, wyrusza do Tasmani (wtedy zwaną jeszcze Ziemią Van Niemena), gdzie obejmuje stanowisko gubernatora. Australijskie klimaty najwyraźniej mu nie służą &#8211; jak się okazuje, Franklin niespecjalnie nadaje się do tej roli. Dlatego bez wahania, nie patrząc na swój wiek (ma wtedy 59 lat), podejmuje kolejne wyzwanie. Jak się wkrótce okaże, ostatnie.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_89/obr_04.jpg" alt="Breaking Up of the Ice" />
	  <p>"Breaking Up of the Ice" - fragment ilustracji z "The Illustrated London News", #394, 13.10.1849r.</p>	
</div>

<p>W 1845 roku dwa wielkie statki <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/HMS_Erebus_(1826)">HMS Erebus</a> oraz <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/HMS_Terror_(1813)">HMS Terror</a> <a href="http://www.ric.edu/faculty/rpotter/dollarmag_sm-1.jpg">wypływają z Anglii</a> na poszukiwanie <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Northwest_Passage">przejścia Północnego-Zachodniego</a>. Na ich pokładzie znajduje się 24 oficerów, 110 członków załogi &#8211; wśród nich Franklin (dowódca ekspedycji), <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Francis_Crozier">Francis Rawdon Moira Crozier</a> (dowódca HMS Terror) oraz James Fitzjames (dowódca HMS Erebus). Na okrętach zgromadzono <a href="http://www.pbs.org/wgbh/nova/arctic/provisions.html">potężne zapasy żywności</a>, które w teorii miały wystarczyć na ok. 5 lat. Statki wyposażono w olbrzymie silniki parowe (konieczne do przebijania się przez lód) i zapas węgla. Wtedy ostatni raz widziano je w Anglii.</p> 

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_89/obr_02.jpg" alt="Franklin i Crozier" />
	  <p>Francis Crozier i John Franklin, "Gleason's Pictorial Drawing-Room Companion", 18.10.1851r.</p>	
</div>

<p>Zagadkowa ekspedycja Franklina, podczas której zaginęli  wszyscy jej uczestnicy, do dnia dzisiejszego rozpala umysły historyków. Mimo wielu wypraw, najpierw ratowniczych, później już tylko badawczych, nigdy nie poznano wszystkich szczegółów dramatu, który rozegrał się na uwięzionych w lodzie statkach. Bezsprzecznie wiadomo jedynie, że ludzie umierali na skutek niewyobrażalnego mrozu, szkorbutu, że brakło im jedzenia (większość puszek się zepsuła), że ołów, z którego między innymi zrobione były puszki, podstępnie  ich zatruwał. Wiadomo też, że przynajmniej część załogi opuściła statki, aby szukać ratunku w pieszej przeprawie na południe. Odkryto, że nie wszyscy członkowie ekspedycji zmarli z przyczyn naturalnych - kości, które naukowcy odnaleźli na Wyspie Króla Williama, wyraźnie wskazują na przypadki kanibalizmu&#8230;</p>

<p><a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Dan_Simmons">Dan Simmons</a> postanowił przypomnieć czytelnikom dzieje tej tragicznej wyprawy. Opierając się na stercie źródeł, które skrupulatnie wyliczył w bibliografii <i>Terroru</i>, napisał grubą powieść, której głównym bohaterem jest wcześniej wspomniany dowódca HM Terror Fancis Crozier. Nie jest to jednak, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, powieść stricte historyczna. Simmons napisał bowiem horror rozgrywający się ponad 170 lat temu w arktycznym piekle.</p> 

<p>Trzymam oto w ręku blisko sześćsetstronicowe tomiszcze formatu plus minus B5, złożone niewielką czcionką. Na oko ponad pół kilo żywej wagi. Bez jakiegokolwiek wahania napiszę, że jest to najlepsza powieść przygodowo-historyczno-fantastyczna, jaką przyszło mi kiedykolwiek czytać. Simmons napisał książkę, od której po prostu nie byłem w stanie się oderwać przez dwa, na szczęście wolne od pracy, dni. Czytałem od rana do wieczora, z przerwą na sen i jedzenie. Kompletne mistrzostwo! A potem wskoczyłem na Internet i na własne oczy sprawdziłem (między innymi), jak wyglądała <a href="http://www.pbs.org/wgbh/nova/arctic/note.html">odręczna notatka</a> zostawiona przez Croziera w kopcu na Wyspie Króla Williama. Sposób, w jaki Simmons połączył wątki fantastyczne z historią marynarzy, którzy utknęli wśród lodów u brzegu Wyspy Króla Williama, zapiera dech w piersiach. Nie mniejszy podziw budzi warsztat autora &#8211; nie tylko perfekcyjna znajomość faktów historycznych, ale również warsztat stricte literacki. Wydarzenia poznajemy okiem nie tylko Croziera, ale również szarych członków załogi. Mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową, trzecioosobową, listami, dziennikami, retrospekcjami&#8230; Autor zastosował cały wachlarz technik, dzięki któremu przerażony grubością powieści czytelnik nie ma prawa się nudzić. A gdy przewraca ostatnią stronę żałuje, że to koniec.</p> 

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_89/obr_06.jpg" alt="Cutting of the Ice" />
	  <p>"Cutting of the Ice" - fragment ilustracji z "The Illustrated London News", #394, 13.10.1849r.</p>	
</div>

<p><i>Terror</i> to nie tylko ciekawa fabuła i zręczny warsztat autora. W powieści roi się od świetnie skonstruowanych postaci, dialogów, wreszcie scen, które kopią w najczulsze miejsca czytelnika. Przykładzik? Zabawa sylwestrowa na zamarzniętym morzu. Kompletne oderwanie od rzeczywistości, metafizyczne dekoracje i kostiumy, symbolika&#8230; Warto wspomnieć również o zręczności, z jaką Simmons wplótł w <i>Terror</i> <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Inuit_mythology">mitologię inuicką</a>. Ostatnie rozdziały powieści to właściwie wyprawa do świata wierzeń i kultury Eskimosów.</p>

<p>Jako że to horror co się zowie, nie brakuje tutaj krwi, trupów, przerażających wydarzeń. Nie po raz kolejny okazuje się jednak, że największe zło wcale nie tkwi w czynnikach nadprzyrodzonych (to taki skrót myślowy, coby nie zdradzać zbyt wiele), ale w samych ludziach. Największe potwory drzemią w nas samych i tylko czekają na odpowiednie warunki, aby wymknąć się spod kontroli. Zagrożenie życia, głód, chroby, zimo &#8211; to idealny egzamin na człowieczeństwo. Nie wszyscy go zdadzą, niestety.</p> 

<p>Jestem bliski uznania <i>Terroru</i> za jedną z najlepszych książek, jakie przyszło mi w życiu przeczytać. Nie mam pojęcia, jak wygląda powieść idealna, jestem jednak pewny, że Simmonsowi niewiele brakuje do ideału. Kapitalne tłumaczenie Janusza Ochaba i wzorowa redakcja tekstu (gwoli ścisłości, nie obyło się bez kilku literówek) gwarantują przyjemność płynącą z  lektury. Co tu dużo mówić - <a href="http://www.pwrsa.pl/">Wydawnictwo Rzeczpospolita S.A.</a> wykonało kawał solidnej roboty.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_89/obr_07.jpg" alt="Cutting of the Ice" />
	  <p>"The discovery of two skeletons in a boat at the <i>Boat Place</i>", Harper's Weekly, październik 1859</p>	
</div>

<p>Washington Post określił <i>Terror</i> mianem <cite>wybuchowej mieszanki realizmu historycznego, powieści gotyckiej i starożytnej mitologii</cite>. Z czystym sumieniem podpisuję się pod tymi słowami. I polecam gorąco. </p>

<p>_____________</p>

<p>* - The Smugglers - NORTH-WEST PASSAGE, tłumaczenie oryginalnej szanty Stana Rogersa<br />
Wszystkie ilustracje to fragmenty obrazków drukowanych w wymienionych w podpisach gazetach. Oryginalne pliki pochodzą <a href="http://www.ric.edu/faculty/rpotter/publiceye.html">ze zbiorów Russella A. Pottera</a>
 &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Wed, 17 Sep 2008 09:28:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/89/Simmons/Terror</guid>
</item>
<item><title>Robimy rewolucję</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/88/Vonnegut/Pianola</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Pianola"</i></strong> - <strong>Kurt Vonnegut</strong>, wyd. Zysk i S-ka, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Paul Proteus wiódł spokojny, kierowniczy żywot na lepszym brzegu rzeki Irokez. I byłoby tak pewnie do końca dni jego na ziemskim padole, gdyby miał klapy na oczach, mózg znieczulony dobrobytem, parcie na władzę i potrzeby ograniczające się do konsumpcji. Nie miał. I właśnie dlatego, między innymi, musiało stać się to, co się stało.</strong></p><p>Świat po globalnej wojnie nigdy nie jest tym samym miejscem, którym był przed jej wybuchem. Ma na to wpływ szereg czynników, wśród których istotną rolę odgrywa odpowiedź na pytanie: jak zapobiec tragedii w przyszłości? Przodkowie bohaterów powieści <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kurt_Vonnegut">Vonneguta</a> znaleźli i na to sposób: ludzie są ułomni, a skoro tak - niech decydują komputery. Najlepiej te same, które wykorzystywaliśmy w czasie wojny. I tak <cite>otrzymując fakty od ludzi, zrodzona podczas wojny seria komputerów EPICAC dostarczała mądrego kierownictwa, jakiego rozsądny, miłujący prawdę, błyskotliwy i wysoce wykształcony kwiat amerykańskiego geniuszu mógłby dostarczać, gdyby miał natchnionych przywódców, nieograniczone środki i dwa tysiące lat do dyspozycji</cite>.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_88/obr_01.jpg" alt="Pianola" />
</div>

<p>Miasto <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ilium,_New_York">Ilium</a> w stanie Nowy Jork, USA, mogłoby posłużyć za wzór nowego ogólnoświatowego ładu i porządku. Podzielono je na trzy części:</p>

<ul>
<li>w części północno-zachodniej mieszkają dyrektorzy (wśród nich wspomniany we wstępie Proteus), inżynierowie, urzędnicy;</li>
<li>część północno - wschodnia należy do maszyn;</li>
<li>zachód, czyli wszystko to, co leży za brzegiem rzeki Irokez, dzielącej miasto na pół, to siedziba tzw. <i>knotów</i> - pozostałej części ludzkości.</li> 
</ul> 

<p>Podstawowym zadaniem olbrzymich kompleksów maszyn jest produkcja tego wszystkiego, co niezbędne ludziom do życia - żywności, ubrań, mieszkań oraz tysięcy innych maszyn, które mają wyręczać człowieka we wszelkich  czynnościach. W teorii syci, zadowoleni z życia, wyposażeni we wszystkie możliwe wygody i uwolnieni od pracy ludzie będą szczęśliwi. Skoro będą szczęśliwi, nie będą myśleli o wojnach i konfliktach.</p> 

<p>Nowy wspaniały świat.</p>

<p>Oczywiście do programowania, konserwacji i naprawiania maszyn potrzebni są ludzie. Maszyny same dbają o to, żeby byli to ludzie właściwi. Elita społeczeństwa - inżynierowie, specjaliści o ponadprzeciętnym IQ - wybierani są przez komputery według testów oceniających między innymi wiedzę i inteligencję. W tym świecie tylko wybrańcy wykonują pracę niezbędną do funkcjonowania społeczeństwa. A reszta?</p>

<p>Odrzucona przez komputery reszta zasila szeregi wojska lub wspomnianych wcześniej <i>knotów</i>, mieszkańców Zarzecza. To ludzie, którzy... po prostu sobie żyją. Od czasu do czasu wykonują co prawda jakieś podstawowe, proste prace lub pracę, której maszyny - jeszcze! - nie potrafią wykonywać. Całymi dniami oglądają telewizję, siedzą w barach, łażą bez celu po ulicach. System twierdzi, że są szczęśliwi. Faktycznie?</p>

<p>Wybrańcy systemu i odrzuceni. Diametralnie inni. Nikt z kierowników i inżynierów nie ma potrzeby przekraczać mostu na rzece, nikt nie czuje potrzeby kontaktu z knotami. Z kolei knotom nie wolno - oficjalnie: ze względu na bezpieczeństwo maszyn - przechodzić do północnych części miasta. I tak obok siebie egzystują dwa odrębne gatunki ludzi, które z roku na rok wiedzą o sobie coraz mniej.</p> 

<p>Jak myślicie, która grupa jest bardziej szczęśliwa? Kierownicy, którzy zarabiają krocie i ciągle pracują ku chwale nowego porządku społecznego czy może niepracujące knoty, którym zapewniana jest godziwa egzystencja?</p> 
 
<p>I tak to się kręci. Do czasu, oczywiście, bo stopniowo między obydwoma grupami społecznymi narasta konflikt. Inżynierowie zazdroszczą prostym ludziom wolności i niezależności, knoty zazdroszczą... pracy. I tak oto zrodziła się rewolucja, której jednym z bohaterów stał się Paul Proteus.</p>  
 
<blockquote><p>Po to, żeby mieć, co mamy, pozbawiliśmy tych ludzi rzeczy najważniejszej dla nich w świecie &#8230; uczucia, że są potrzebni i przydatni, podstaw szacunku dla samego siebie. (&#8230;) Kiedyś taki ciemniak mógł robić najrozmaitsze głupoty, żeby się wyróżnić, ale maszyny to załatwiły. Wie pan, mógł sobie popłynąć na morze jakimś wielkim kliprem czy kutrem rybackim i stać się bohaterem podczas burzy. Albo być pionierem, pojechać na Zachód i prowadzić osadników, wyznaczać szlaki, przepędzać Indian i tak dalej. Mógł być kowbojem albo robić różne niebezpieczne rzeczy i dalej być tępym ciemniakiem&#8230;<br />
&#8230; A teraz wszystkie niebezpieczne rzeczy przejęły maszyny, a wszystkich ciemniaków zapakowano do prefabrykowanych domków jak z klocków albo do koszar, więc siedzą chłopaki i czekają, że może gdzieś wybuchnie jakiś wielki pożar i może wbiegną na oczach wszystkich do płonącego budynku i wybiegną z uratowanym dzieckiem na rękach (&#8230;)<br />
&#8230; O, maszyny poprawiły chyba wiele spraw. Byłbym głupi, gdybym mówił, że nie poprawiły, choć wielu właśnie tak twierdzi, a ja dobrze wiem, o co im chodzi. Bo rzeczywiście wygląda na to, że maszyny zabrały wszystkie <strong>dobre</strong> zajęcia, które pozwalają być uczciwym wobec siebie i nie oszukiwać innych, a zostawiły ludziom same <strong>bzdurne</strong>&#8230; [podkreślenia własne]</p></blockquote>

<p><a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kurt_Vonnegut">Kurt Vonnegut</a> to postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Wybitny współczesny pisarz amerykański w swojej debiutanckiej powieści sf wydanej w 1952 roku sprzedaje nam wizję zautomatyzowanego społeczeństwa, w którym nikt nie jest szczęśliwy. Bo i szczęśliwy być nie może, kiedy jego rolę przejęły maszyny, wykonujące jego pracę taniej, lepiej, szybciej, bezbłędnie &#8211; ale jednocześnie negujące sens jego istnienia. Czyżby to właśnie praca była tym elementem, który jak żaden inny nadaje sens ludzkiej egzystencji? Czyżby praca dawała godność?</p> 

<p>Mało, że zautomatyzowane  - to antyutopijne społeczeństwo kierowane jest przez garstkę ludzi i maszyny, które na podstawie dziwnych i nieodwołalnych testów klasyfikują przynależność osobnika i jego pracę. Jeśli maszyna zdecyduje, że masz być policjantem - będziesz policjantem, jeśli pisarzem - będziesz pisarzem. Wszystko podporządkowane jest idei &#8222;trwałej stabilności gospodarki i społeczeństwa&#8221;. Idzie za tym również cenzura, której oczywiście oficjalnie nie ma. Ale spróbuj tylko mieć inne poglądy na świat, niż koledzy kierownicy! Zresztą, jedno spojrzenie na zakres obowiązków urzędnika biura prasowego (W-225): <cite>zawód ten specjalizuje się w kultywacji za pomocą psychologii stosowanej w środkach masowego przekazu&#8230; Kultywacji przychylnej opinii publicznej w odniesieniu do kontrowersyjnych zagadnień oraz instytucji, nie urażając przy tym żadnych wysoko postawionych osób i mając na względzie trwałą stabilność gospodarki i społeczeństwa</cite>.  <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Rok_1984">Orwell</a> się kłania...</p>

<p>W trosce o ewentualnego czytelnika nie zdradzę nic więcej na temat fabuły (wiem, tym razem i tak zdradziłem całkiem sporo). Nie widzę jednak powodu, dla którego miałbym nie pochwalić autora zarówno za pomysł na książkę, jak i charakterystyczny, <i>vonnegutowski</i> sposób pisania. Sporo tu ironii, humoru (czasem czarnego), sporo krótkich scen, które są klasą samą w sobie. Nie brakuje też wyrazistych, świetnie skonstruowanych postaci. Wspomnę tylko o drugim bohaterze <i>Pianoli</i>, czyli Szachu Bratpuhru, <cite>przywódcy duchowym sześciomilionowej sekty Kolhouri, człowieku zasuszonym, mądrym i ciemnym jak kakao</cite>. To właśnie głównie dzięki jego wizycie w USA poznamy dziwne zasady panujące w tym państwie, które dla autochtona Proteusa są codziennością.</p> 

<p><i>Panola</i>, pachnąca fantastyką socjologiczną i powojenną Ameryką, to wyjątkowa i intrygująca powieść, daleka od współczesnej fantastyki rozrywkowej. Po pierwsze: nie znajdziecie tutaj szybkiej akcji, wybuchów i krwii &#8211; zamiast tego sporo rozważań i garść cytatów, które spokojnie nadają się na złote myśli. Po drugie: to nie jest powieść o niczym. Po trzecie: ciężar poruszanych problemów i tematyka powodują, że jest to książka dla wymagającego czytelnika, oczekującego od powieści tego mitycznego &#8222;czegoś więcej&#8221;. Krótko mówiąc, jest to powieść, która wymaga czasu, uwagi i otwartego umysłu, żeby się nią delektować.</p> 

<p>I tak dalej. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Tue, 16 Sep 2008 14:15:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/88/Vonnegut/Pianola</guid>
</item>
<item><title>Albowiem jesteśmy jeno mięsem...</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/87/Faber/Pod_skora</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Pod skórą"</i></strong> - <strong>Michel Faber</strong>, wyd. WAB, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Isserley lubiła swoją pracę. Codziennie rano wsiadała do samochodu, sprawdzała dekolt sukienki (musiał być odpowiednio głęboki) i wyruszała na łowy. Prędzej czy później musiała spotkać jakieś samotne zwierzę wędrujące poboczem. Doświadczonym okiem taksowała potencjalną ofiarę - koniecznie dobrze zbudowanego samca - i gościnnie otwierała drzwi. Niejeden wodsel dał się na to nabrać.</strong></p><p>Zrezygnowany autostopowicz maszerował już dobrych kilka godzin. Zdążył przemoknąć do suchej nitki i stracić nadzieję, że ktokolwiek wreszcie się zatrzyma. Kiedy kilka metrów przed nim zahamował samochód, nie wahał się ani sekundy. Wskoczył do ciepłego wnętrza i zatrzasnął drzwi. Spojrzał na wybawicielkę. <cite>Ale balony! W życiu nie widziałem takich ogromnych cycków</cite> - ocenił fachowym okiem. Wiedział już, że pod każdym względem będzie to udana podróż.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_87/obr_01.jpg" alt="Pod skórą" />
</div>

<p><cite>Oni wszyscy są tacy sami. Tacy ufni. Dosłownie żaden z nich nie podejrzewa, że właśnie rozpoczyna się ich nowe, wyjątkowo krótkie, życie</cite> - pomyślała Isserley. Włączyła się do ruchu, zaraz potem uważnie otaksowała zwierzę: pod mokrą koszulką prężyły się całkiem przyzwoite mięśnie. Wyjątkowo udany dzień. Wyjątkowo udany towar.</p> 

<p>Niech zgadnę. Czytając powyższe akapity pomyśleliście sobie, że oto właśnie mamy do czynienia z regularnym thrillerem, opartym na założeniu, że każdy potencjalny podwożący to żądny krwi wariat. Wiecie, taki amerykański standard: piwnica pełna trupów, w bagażniku okrwawiona piła łańcuchowa. Być może pomyśleliście sobie również, że autor był mało oryginalny, odwracając role w dobrze znanym schemacie. Przecież zwykle to facet siedzi za kierownicą, a ofiarą jest nieśmiała kobietka, brutalnie gwałcona w lesie czy jakiejś opuszczonej chatce. W takim razie spieszę was rozczarować: to, co początkowo wydaje się oczywiste, wcale takim nie jest. Właśnie za to <a href="http://wab.com.pl/index.php?id=9&aid=260">Michael Faber</a> otrzymuje pierwszy plus.</p>

<p>Lubimy być zaskakiwani. I dlatego za plusem leci od razu minus. Za to samo. Autor <i>Pod skórą</i> ewidentnie przesadził z wysyłaniem do czytelnika sygnałów &#8222;hej, coś tu nie trzyma się kupy&#8221;. W efekcie nadchodzący <i>twist</i> jest łatwy do przewidzenia, chociaż nie do końca znamy jego szczegóły. Pytanie brzmi: czy aby je poznać, warto przeczytać całą powieść?</p> 

<p>W tym przypadku odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna. Mam wrażenie, że powieść Fabera lepiej sprawdziłaby się jako scenariusz filmowy. To nie tylko wina fabuły - &#8222;podskórne&#8221; walory literackie również  pozostawiają wiele do życzenia. Nie to, że <i>Pod skórą</i> nie da się czytać - da się, ale zdania są proste, a sama książka sprawia wrażenie &#8222;sztywnej&#8221;. Gwoli ścisłości: nie mam bladego pojęcia, czy wina to autora, czy może tłumacza. Lubię, kiedy lektura sprawia mi przyjemność - tutaj nic takiego nie miało miejsca.</p>

<p>Skoro wspomniałem o fabule: nie jestem przekonany. Najważniejszy zarzut: pomysł na książkę opiera się na ogranym schemacie. Co z tego, że - jak to pisze <i>The Times</i> - <cite>w powieści Fabera nic nie jest tym, czym się wydaje</cite>, skoro z chwilą rozwiązana zagadki Isserley wzdychamy tylko <cite>ale to już było...</cite> Powieść ratuje ciekawie skonstruowana postać głównej bohaterki: obca, zafascynowana światem, w którym przyszło jej żyć, próbująca go zrozumieć. Cała reszta natomiast&#8230; Cała reszta nie była w stanie skutecznie przykuć mnie do książki. W efekcie czytałem niewielkimi fragmentami, kompletnie bez przekonania.</p> 

<p>Owszem, kilka scen bardzo mi się podobało. Przede wszystkim wizyta Isserley w hodowli oraz nocne polowanie na zbiegłe wodsele.</p> 

<p>Za mało.</p> 

<p>Mimo wszystko jest to powieść, która może się spodobać. Podejrzewam, że chętnie sięgną po nią ci, którzy na co dzień mają niewiele wspólnego z fantastyką. To właśnie <i>mainstreamowcom</i> mogą przypaść do gustu moralne rozterki bohaterki zainspirowane wizytą Amlisa Vessa. Być może znajdą się i tacy, którzy pochylą się nad nieszczęśliwą istotą, która za cenę życia w oszałamiającym świecie okłamuje się i przymyka oko na zakrwawione ręce. Przecież to tylko zwierzęta&#8230; prawda?</p> 

<p>PRAWDA? &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Mon, 15 Sep 2008 12:30:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/87/Faber/Pod_skora</guid>
</item>
<item><title>Pierwszy wymiar</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/86/Twelve_Hawks/Mroczna_rzeka</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Mroczna rzeka"</i></strong> - <strong>John Twelve Hawks</strong>, wyd. Sonia Draga, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>W Nowej Harmonii, niewielkiej wspólnocie ludzi żyjących poza Rozległą Siecią, ciemne chmury przesłoniły niebo i zaczął padać śnieg. Waliło z nieba niczym z rozprutej pierzyny. Cholera! Znów zima w wakacje? - pomyślałem niechętnie, sięgając po schłodzoną wodę mineralną. Za oknem termometr pokazywał 30 stopni. W cieniu.</strong></p><p>Ledwo uporałem się ze <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/85/Kaszynski/Skarb_w_glinianym_naczyniu">Skarbem w glinianym naczyniu</a>, którego akcja dzieje się w czasie rekordowo mroźnej zimy w Dębiej Górze, a już trafiam za Wielką Wodę wcale nie po to, żeby zażywać ciepła. Jakiej wyobraźni trzeba użyć, żeby w takich warunkach czytać o mrozie? Oto prawdziwa potęga literatury - w ułamku sekundy, siedząc wygodnie w fotelu, w trzydziestostopniowym upale, przenosisz się gdzieś, gdzie pada śnieg, a ludzie marzną. Nawiasem mówiąc, to wcale nie jest ich największy problem.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_86/obr_01.jpg" alt="Mroczna rzeka" />
</div>

<p>Druga część trylogii Czwarty Wymiar ponownie przenosi nas do paranoicznego świata ciągłego zagrożenia, który zdążyliśmy poznać w <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/78/Twelve_Hawks/Traveler">Travelerze</a>. Dla przypomnienia:</p> 

<blockquote><p>Jeden ze sposobów percepcji historii każe postrzegać ją jak opowieść o nieustannej bitwie. Konflikcie pomiędzy jednostkami, w których głowach rodzą się nowe idee, a tymi, którzy pragną kontrolować społeczeństwo. Część z was zapewne słyszała plotki o pewnej grupie potężnych i  wpływowych ludzi nazywanych Tabulami. Tabulowie kierowali działaniami królów oraz rządów, wykorzystując do tego własną filozofię totalnej kontroli. Oni chcą przemienić świat w <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Panoptikon">gigantyczne więzienie</a>, w którym więźniowie znajdują się pod ustawiczną i nieprzerwaną obserwacją. (&#8230;) Część ludzi nie uświadamia sobie tego, co się dzieje. Inni wolą być ślepi. (&#8230;) Mimo że część z nas zrezygnowała z pewnych zdobyczy technologii, wciąż jesteśmy świadomi tego, w jaki sposób komputer zmienił świat. To naprawdę jest nowa historyczna era: Era Rozległej Sieci. Kamery monitorujące oraz wszelkiego rodzaju czujniki są już niemal wszędzie. Niedługo coś takiego jak prywatne życie zniknie całkowicie. Wszystkie te zmiany są usprawiedliwiane przez rozszerzającą się kulturę strachu (&#8230;).</p></blockquote>  

<p>Przyznam szczerze: czekałem z utęsknieniem na tę książkę, bo choć pierwsza część nie była pozbawiona wad, wizja autora była niezwykle intrygująca. Jak się okazuje, <i>Mroczna rzeka</i> ma do zaoferowania jeszcze więcej niespodzianek, niż jej poprzedniczka. Oprócz sześciu  wymiarów, matrixowego klimatu, pościgów i potyczek oraz wszystkich tych elementów, o których wspomniałem przy okazji recenzji <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/78/Twelve_Hawks/Traveler">Travelera</a>, znajdziemy tutaj szczyptę historii w klimacie <a href="http://biblionetka.pl/ks.asp?id=11209">Kodu Leonarda da Vinci</a> i archeologiczne poszukiwania bohaterki na myśl przywodzące wyczyny <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Lara_Croft">Lary Croft</a>. Co ciekawe, ten koktajl dalej jest strawny. Generalnie, bo motyw z <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Arka_Przymierza">Arką Przymierza</a> wydał mi się mocno przekombinowany, nie wspominając już o absurdalnej wręcz łatwości, z jaką Maya dostaje się do artefaktu, którego szukają pewnie miliony osób na całym świecie.</p> 

<p>Mimo kilku wad fabularnych (zwykle chodzi właśnie o wspomnianą łatwość, z jaką bohaterom udaje się to czy tamto), książka przyjemnie wciąga i pozwala zapomnieć o całym bożym świecie. Pewnie wciągała by jeszcze mocniej, gdyby tłumacz i redakcja bardziej się postarali. Niestety, tom drugi powiela wady pierwszej części. A więc i tutaj mamy do czynienia z dziwną sztywnością językową, błędami interpunkcyjnymi, literówkami. Tłumaczenie wygląda na robione w pośpiechu, brakuje mu finezji - wygląda to tak, jakby zdania tłumaczone były dosłownie słowo po słowie. Wszystko to skutecznie zmniejsza przyjemność płynącą z lektury.</p> 

<p>Warto wspomnieć także o zabiegu, jaki tajemniczy <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/John_Twelve_Hawks">John Twelve Hawks</a> zastosował celem łatwiejszego odnalezienia się w - opuszczonym ponad rok temu - świecie powieści. Książkę poprzedza słowo od autora i wstęp zatytułowany <i>Dramatis personae</i>, dzięki którym przypomnimy sobie, o co w tym wszystkim chodzi i gdzie zostawiliśmy bohaterów. Ponadto w tekście znajdziemy różnego rodzaju <i>przypominajki</i> - miłe, aczkolwiek czasami irytujące fragmenty, które opowiadają nam o tym, o czym czytaliśmy wcześniej. Tak czy siak, autor zadbał, aby powrót do Czwartego Wymiaru był bezstresowy.</p> 

<p><i>Mroczna rzeka</i> to powieść, którą łyka się - mimo wszystkich wspomnianych wad - w kilka godzin. To jej największa zaleta. Na <a href="http://www.johntwelvehawks.com/">oficjalnej stronie internetowej JXIIH</a> można znaleźć informację, że kolejna, zarazem ostatnia część, ukaże się w 2009 roku. Przeczytam z przyjemnością. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Sat, 26 Jul 2008 14:07:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/86/Twelve_Hawks/Mroczna_rzeka</guid>
</item>
<item><title>Opowieść wigilijna</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/85/Kaszynski/Skarb_w_glinianym_naczyniu</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Skarb w glinianym naczyniu"</i></strong> - <strong>Mariusz Kaszyński</strong>, wyd. Runa, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Włodek Chrzanowski nie czuł nastroju świątecznego. Poniekąd trudno mu się dziwić: ziąb jak cholera, śniegu prawie po pas, a nieugięta żona wygania do komórki po prezenty dla dzieciaków. Coroczny wigilijny rytuał, z obowiązkowym przebieraniem się w tego czerwonego pajaca zupełnie go nie bawił. Jak sądził, jego dzieci już dawno przestały wierzyć w Świętego Mikołaja. Na szczęście w komórce schował nie tylko strój, ale również rozgrzewacz na czarną godzinę. Biadolił nad swoim losem i pociągał łyskacza z butelki, kiedy naraz usłyszał wycie. Właśnie wybiła ostatnia godzina jego pijackiego żywota.</strong></p><p>Mariusz Kaszyński, autor <i>Skarbu w glinianym naczyniu</i>, to pisarz zupełnie mi nieznany. Podobno debiutował w Nowej Fantastyce opowiadaniem <i>Kopia bezpieczeństwa</i>, które spodobało się czytelnikom na tyle, że uhonorowali je 2 miejscem w konkursie na najlepsze polskie opowiadanie 2006 roku. Nie czytałem, ale po lekturze jego pierwszej powieści mogę śmiało założyć, że wyróżnienie zostało przyznane jak najbardziej słusznie. Oto bowiem trzymam w ręku jeden z najlepszych polskich horrorów, jaki przyszło mi czytać. Niewiele ryzykuję takim stwierdzeniem: powszechnie wiadomo, że w naszym kraju ludzi piszących historie z grozą w tle można policzyć na palcach jednej ręki. I <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/73/Antologia/Trupojad._Nie_ma_ocalenia">żadna antologia</a> mojego zdania nie zmieni. A szkoda.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_85/obr_01.jpg" alt="Skarb w glinianym naczyniu" />
</div>

<p>Odcięta od świata, typowo turystyczna wioska nad brzegiem morza idealnie nadaje się na miejsce akcji horroru. I faktycznie: w wigilię Bożego Narodzenia zaczynają ginąć ludzie. Najpierw pijak. Potem dziewczynka. Kilka zwierząt. Zostają po nich jedynie urwane ślady na śniegu. Kaszyński bez specjalnych ceregieli wrzuca czytelnika w wir makabrycznych wydarzeń, które, jak się wkrótce okazuje, nie po raz pierwszy dotykają mieszkańców Dębiej Góry. Dramat przyjdzie nam oglądać oczyma, jeśli dobrze liczę, około  dwudziestu ludzi. Z faktem tym wiąże się pierwsza wada powieści: ilość nazwisk i postaci przytłacza, szczególnie na początku. Bohaterowie nie są na tyle charakterystyczni, aby &#8222;od strzała&#8221; bezstresowo pomiędzy nimi przeskakiwać. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się zastanawiać, czyim ojcem jest facet, który właśnie ma swoje pięć minut w powieści. Kiedy jednak już przyzwyczaimy się do bohaterów i zapamiętamy, kto jest kim, zaczniemy w pełni doceniać zamysł autora. Autora, który z uporem maniaka o każdej postaci powieści wspomina z imienia i nazwiska. To druga wada: ta maniera Kaszyńskiego lekko drażni podczas czytania. Tak, wiem, nazwiska w tej konkretnej powieści mają ogromne znaczenie, ale bez przesady!</p> 

<p>Pewno nie uwierzycie, ale to koniec narzekania z mojej strony. Dlaczego? Ano dlatego, że o wspomnianych wyżej potknięciach zupełnie zapominamy w zetknięciu z historią, którą opowiada nam autor. Z każdym zdaniem brniemy coraz bardziej i w końcu nie ma siły, która oderwałaby nas od lektury. Wydarzenia nabierają rozpędu, w wiosce robi się coraz bardziej nieprzyjemnie, a na dodatek im bliżej końca, tym bardziej makabrycznie. Lojalnie uprzedzam: miejscami książka epatuje dosłownością, nie raz i nie dwa flaki wylewają się z kartek, a krew bryzga na lewo i prawo.</p>  

<p>Z krótkiej notki o autorze, zamieszczonej na tylnej okładce, nie dowiecie się, że Kaszyński jest wielbicielem Stephena Kinga. Jeśli jednak cenicie sobie twórczość amerykańskiego pisarza, po lekturze <i>Skarbu...</i> nie będziecie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Mało powiedziane: Kaszyński, pisząc swoją debiutancką powieść po prostu zapatrzony był w Kinga! To widać, słychać i czuć. Wrażenie, że <i>Skarb w glinianym naczyniu</i> to taki polski odpowiednik <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/60/King/To">To</a> jest niezwykle silne. Może rozmach mniejszy, może bohaterowie nie mają takiej głębi, jak u mistrza grozy, może autorowi brakuje czasem sprawności technicznej, a książce jakieś 500 stron do tysiąca... cóż, niczego to nie zmienia. Tu i tam głównymi bohaterami są dzieci. Tu i tam dorośli muszą się zmierzyć z wydarzeniami, które od dwudziestu lat bezskutecznie zacierają w pamięci. Tu i tam narracja prowadzona jest z perspektywy wielu osób. Tu i tam ważna jest nie tylko historia,  ale i ludzie, którzy walczą z czymś, co przekracza zdolność ich pojmowania.</p> 

<p>Kaszyński wyróżnia się na tle Kinga (in plus, oczywiście) fenomenalnym osadzeniem swojej książki w mrokach wierzeń prasłowiańskich. Kolejny olbrzymi plus należy się autorowi za bezpardonowe mordowanie bohaterów, z którymi zdążyliśmy się już zżyć. Trzeci za zakończenie: nawet, jeśli w pewnym momencie domyślamy się, jak to wszystko się skończy,  Kaszyński i tak ma niespodziankę w zanadrzu. A skoro o tym mowa: czwarty plusik daję za to, że w kilku miejscach autorowi udało się mnie zaskoczyć. I jeszcze za klimat - duszna atmosfera odcięcia od świata i stopniowo narastającej grozy: bezcenna.</p> 

<p>Wnioski? <i>Skarb w glinianym naczyniu</i> z czystym sumieniem polecam każdemu, kto lubi horrory. Mimo że nie jest to powieść idealna, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. A przecież to właśnie o przyjemność  w tym wszystkim chodzi. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Sat, 19 Jul 2008 19:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/85/Kaszynski/Skarb_w_glinianym_naczyniu</guid>
</item>
<item><title>Kosa destruchthul</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/84/Debski/Hell-P</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Hell-P"</i></strong> - <strong>EuGeniusz Dębski</strong>, wyd. Runa, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Nazywam się Kamil &#039;Kosa&#039; Stochard. Pracuję w ABW. Kiedyś termin &quot;pogromca potworów&quot; kojarzył mi się jedynie z tandetnymi filmami klasy B i fantastyką, do której lubiłem zerknąć od czasu do czasu. No, sami powiedzcie: gdzie jeszcze spotkacie uzbrojonych po zęby gamoni, którzy uganiają się za demonami czy inną piekielną swołoczą? Jeszcze kilka dni temu okropnie mnie to śmieszyło. Przestało.</strong></p><p>Podobno zobaczyć znaczy uwierzyć. Szczera prawda. W bajdurzenia mojego nowego amerykańskiego kumpla trudno było uwierzyć, zresztą i tak informacje dawkował ostrożnie. Jakby przeczuwał, że zaśmieję mu się w twarz. Rację miał chłopak. Gdyby nie strzelanina przed siedzibą sekty, nigdy nie uwierzyłbym ani w guimony, ani w to całe <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Cthulhu">Cthulu</a>. Kiedy jednak pacjent, którego postrzeliłem, w proch się obrócił - dosłownie, jak jakiś pieprzony wampir z Blade'a - nie miałem wyboru. Zło istnieje. I faktycznie ma macki oraz obrzydliwy, czarny, jaszczurzy język w gębie.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_84/obr_01.jpg" alt="Hell-P" />
</div>

<p>Świat nie jest takim, jakim się wydaje. Gdzieś tam, pod Nowym Orleanem, leży sobie zagrzebany Wielki Przedwieczny. Potwór o rozmytych, niezbyt wyraźnie widocznych kształtach. Generalnie: łeb ośmiornicy z mackami, gąbczasty tułów pokryty łuskami, do tego ogromne szpony na obu parach łap i długie, wąskie skrzydła. Na razie śpi, ale kiedy gwiazdy ustawią się we właściwej kolejności, obudzi się i odzyska władzę nad światem. A wtedy, moim mili, będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów&#8230; Póki co, po świecie włóczą się jego diabelskie pociotki, z którymi i tak jest od groma roboty. Konkretnie, 666 - tak, wiem, jakie to tandetne - paskudnych guimonów ukrytych w ciałach dzieciaków i staruszków. Dobrze myślicie. Jestem jednym z eksterminatorów tych krwiożerczych bestii. No, na razie tylko uczniem. Jerzy Wilmowsky, kolega, o którym wcześniej wspomniałem, to prawdziwy specjalista od guimonów. Facet ma dar. Potrafi wśród zgrai moherowych beretów wypatrzyć ten jeden, który wcale nie jest zasuszonym staruszkiem.</p> 

<p>Na świecie jest w sumie czterech podobnych specjalistów. Plus kilku uczniów, jak sądzę. Śmiesznie mało. Do tego na miejsce pokonanej bestii w niedługim czasie pojawia się nowa. Nie tak groźna i początkowo niedoświadczona, ale przecież i ona kiedyś &#8222;dorośnie&#8221;. Mordujemy je więc w kółko, dbając o to, aby za bardzo nie urosły w siłę. Musicie wiedzieć, że to wcale nie jest ani proste, ani przyjemne. Jeśli bestie nie będą zabijane, zaczną wzbierać mocą. Wynikiem takiego stanu są wojny, konflikty terytorialne, rzezie religijne.</p> 

<p>Guimony kręcą się zwykle w pobliżu większych skupisk ludzkich o wysokim natężeniu emocjonalnym. Uwielbiają sekty, wszelkiego rodzaju <i>eventy</i> religijne, czają się w Ośrodkach Pomocy Społecznej. Właśnie dlatego w takich miejscach pojawiamy się my.</p> 

<p>Ekstermani. Destruchthule.</p>

<p class="center">* * *</p>

<p><i>Hell-P</i>, najnowszą powieść <a href="http://www.eugeniuszdebski.pl/">Eugeniusza Dębskiego</a>, przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. Nie znaczy to jednak, że Dębski mnie zachwycił. Największym plusem książki jest żywy, inteligentny dialog, przesycony toną przekleństw. I coż, że czasami żarty bohaterów są niesmaczne, skoro w większości przypadków ich rozmowy bawią i nie raz i nie dwa urzekają grą słów. Fabule zdecydowanie czegoś brakuje - pomysł autora na książkę jest prosty i nie ma prawa zachwycać. Jak w grze komputerowej: bohaterowie po prostu lezą w jakieś potencjalnie niebezpieczne miejsce i eksterminują wyłażące z piekła guimony. Czasami jest trudniej, czasami łatwiej, a na końcu czeka boss. Bywa, że wygląda to naprawdę śmiesznie i przypomina schemat, który da się zawrzeć w następującym dialogu: "Co dzisiaj robimy? Nie wiem. To co? Może przejedziemy się do..., a nóż się coś wydarzy?". Nasi ekstermani wybierają więc pierwsze potencjalnie interesujące miejsce, w którym mogą pojawić się potwory (warszawski MOPS, Toruń) i po prostu tam idą / jadą. I oczywiście potwory wyskakują jak przysłowiowy diabeł z pudełka (tak, wiem, ponoć w Polsce czują się wyśmienicie), mimo że na całym świecie jest ich <i>circa about</i> 666. Przyznacie, że dziwny to sposób na pchanie akcji do przodu.</p>

<p>Niezwykle drażniło mnie również epokowe odkrycie bohaterów, kilkukrotnie powtarzane ustami Stocharda, że byliby skuteczniejsi, gdyby udało się nawiązać łączność między wszystkimi czterema pogromcami guimonów. Dzięki temu powstałaby skuteczna siatka ekstermanów, w efekcie wzrosłaby ich skuteczność bojowa. Chwytacie? Oficer ABW odkrywa, że współpraca i wymiana informacji byłaby świetnym pomysłem. No brawo! Goście posługują się najnowszą techniką, walą do obcych specjalnie zmodyfikowanymi pociskami, a nikomu do głowy nie przyszła taka oczywistość?</p> 

<p>Przyznaję również, że kompletnie nie mam pojęcia, po co autor zrobił ze Stocharda geja. Prócz jednego, może dwóch epizodów, nie ma kompletnie znaczenia, jakiej orientacji seksualnej jest policjant. Miałem wrażenie, że przez większą część książki autor pokazuje mi placem: słyszysz? On jest gejem! I co z tego, panie autorze, wynika dla Pana książki? Ano nic, moi drodzy, bo żałosnego epizodu łóżkowego nie warto nawet wspominać. Czy bohater na końcu cierpiałby równie mocno, gdyby nie był gejem? Miałem już do czynienia z <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/41/Jablonski/Uczen_czarnoksieznika">fantastyką, której bohater był homoseksualistą</a> - różnica jest kolosalna. U Jabłońskiego cecha ta determinowała zachowanie bohatera, była częścią jego mrocznej osobowości. Tutaj jest to zupełnie niepotrzebny dodatek. Zapewniam, że czytelnik tak skonstruowanej powieści ma głęboko w nosie, czy bohater jest homo czy hetero.</p>

<p>Na duży plus zasługuje pierwszoosobowa narracja, którą autor posługuje się z właściwą sobie wirtuozerią i prawdziwym mistrzostwem. U Dębskiego może i nawala fabuła (to, broń Boże, <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/47/Debski/Szklany_Szpon">nie reguła</a>!), ale warsztat ma wyśmienity. Oto podstawowy powód, dla którego warto sięgnąć po tę książkę. Pal licho schematy, pal licho fabułę i wspomniane wady tej powieści! <i>Hell-P</i>  czyta się z wypiekami na twarzy i podziwem dla autora, który panuje nad naszym ojczystym językiem jak mało kto.Gra słów, inteligentne dialogi, świetna narracja pierwszoosobowa gwarantują wyśmienitą zabawę.</p> 

<p>Zakończenie <i>Hell-P</i> sugeruje, że Dębski planuje kontynuację przygód dzielnego pogromcy gumionów. Najprawdopodobniej Stochard będzie miał okazję odesłać w niebyt tuziny potworów zamieszkujących tereny naszych wschodnich sąsiadów. I wiecie co? Ogromnie się cieszę. Przeczytam z prawdziwą przyjemnością.</p> 

<p>PS. Początek niniejszej recenzji nie jest fragmentem książki. Zawiera jednak całkiem sporo niejawnych cytatów, których dla większej przejrzystości nie zaznaczałem w żaden szczególny sposób. Mam nadzieję, że autor mi to wybaczy. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Fri, 18 Jul 2008 07:10:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/84/Debski/Hell-P</guid>
</item>
<item><title>Ostatni sprawiedliwy</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/83/Matheson/Jestem_legenda</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Jestem legendą"</i></strong> - <strong>Richard Matheson</strong>, wyd. Mag, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Zapadał zmierzch. Robert Neville, jak co wieczór, zamykał się w swoim domu. Kolejno oglądał okna, sprawdzając, czy któraś z desek nie odpada. Naszyjniki z czosnku wisiały, jak należy, ale i to sprawdził. Zaryglował drzwi. W salonie puścił Beethovena i sięgnął po szklankę z alkoholem. Taaak. Na zewnątrz zaszło słońce. Wtedy zaatakowali.</strong></p><p>Zanim pojawiła się tajemnicza zaraza, Neville cieszył się spokojnym, poukładanym życiem w niewielkim amerykańskim miasteczku. Żona, córeczka, dom w spokojnej dzielnicy, samochód w garażu i pewna praca. Nagle świat zwariował i wszystko bezpowrotnie odeszło.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_83/obr_01.jpg" alt="Jestem legendą" />
	  <p>&copy; WarnerBros</p>	
</div>

<p>Choroba szerzyła się błyskawicznie. Jak to zwykle bywa, początkowo nikt nie dostrzegał rozmiarów epidemii ani tym bardziej powagi sytuacji. Trudno było zaakceptować kłócące się z logiką fakty. A kiedy wreszcie uświadomiono sobie powagę sytuacji, na wszystko było za późno. Ludzie padali jak muchy, całymi rodzinami. Sądzicie, że był to największy problem tych, którzy chwilowo pozostali przy życiu? Nic bardziej mylnego.  Prawdziwym problemem był fakt, że zmarli&#8230; wracali. Nocą. Odmienieni i głodni.</p> 

<p>Zdrowi mieszkańcy miasteczka wykopali wielką dziurę w ziemi i rozpalili największe ognisko, jakie kiedykolwiek przyszło im oglądać. W ognisku palili swoich bliskich zmarłych. Tylko spalone trupy nie zamieniały się w łaknące krwii potwory. Jednak nawet takie radykalne środki nie były w stanie powstrzymać wirusa, który  najwyraźniej przenosił się w powietrzu. Wkrótce nie było nikogo, kto mógłby wrzucać zmarłych w płomienie.</p> 

<p>Neville przeżył. Jakimś cudem był odporny na zarazek, który w ekspresowym tempie zamienił większość ludzi w wampiry. Większość, bo niektórzy mogli chorować całymi miesiącami. Co z tego, skoro wcale nie byli milsi od swoich nieżyjących, ale jakimś cudem ożywionych kolegów i koleżanek? Lekarstwo nie istniało, wszystkich zarażonych prędzej czy później czekał ten sam los.</p>

<p>Minęło osiem miesięcy od śmierci ostatniej ofiary zarazy, dziewięć, odkąd Neville rozmawiał z innym człowiekiem, dziesięć od śmierci żony. <cite>Oto on, pozbawiony przyszłości, trwający w beznadziei. A jednak brnął dalej. Czy to instynkt, czy po prostu był głupi? Zbyt pozbawiony wyobraźni, by się zniszczyć? Dlaczego nie zrobił tego na początku, kiedy naprawdę znalazł się na dnie? Co kazało mu zamknąć dom, zainstalować zamrażarkę, generator, kuchenkę elektryczną, zbiornik wody, zbudować szklarnię, warsztat, spalić domy po obu stronach ulicy, zgromadzić płyty, książki i stosy puszek? (&#8230;) Czy siła życiowa to coś więcej niż słowa, namacalna, kontrolująca wszystko moc? Czy sama natura w jakiś sposób podsyca w nim iskrę sprzeciwiającą się własnej zagładzie?</cite></p>

<p>A przecież, jeśli się dobrze zastanowić, kompletnie nie miał po co żyć. Sami powiedzcie: co to za życie? Dom mógł opuścić jedynie w dzień, kiedy wampiry zapadały w letarg i, całkowicie bezbronne, kryły się przed światłem słonecznym. Krążył wtedy po okolicy i drewnianymi kołkami (większość starych, wypróbowanych sposobów jakimś cudem działało) unicestwiał stwory, które udało mu się odszukać. Każdego dnia szykował się na noc. Kiedy gasło słońce, wampiry usiłowały wedrzeć się do jego domu. Budziły się z letargu i rozpoczynał się atak na jego twierdzę.</p>

<p>Codzienny rytuał Neville'a obejmował między innymi ciosanie drewnianych kołków, naprawianie zniszczeń, które wampiry poczyniły w jego domostwie nocą, hodowlę czosnku i przygotowanie nowych naszyjników obronnych. W wolnych chwilach Robert albo zapijał się do nieprzytomności, albo usiłował znaleźć lekarstwo, które pokonałoby wirusa i wyleczyło nielicznych zarażonych. Czasem jeszcze ich spotykał. I zabijał z konieczności. Szło mu opornie, bo nie był ani naukowcem, ani tym bardziej biologiem. Wiedzę czerpał z książek, które "pożyczał" sobie z biblioteki.</p>

<p>Być może Neville nie zdawał sobie z tego sprawy, ale tak naprawdę najważniejszym czynnikiem, który trzymał go przy życiu, była nadzieja. Nadzieja, że ktoś jeszcze przeżył. Że znajdzie lekarstwo. Że nie jest ani ostatni, ani sam. Nadzieja zawsze umiera ostatnia&#8230;</p>

<p>Przejmująca, choć leciwa już powieść (<a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Richard_Matheson">Richard Matheson</a> napisał ją całe 54 lata temu) ukazuje się na polskim rynku w związku z premierą <a href="http://jestem.legenda.filmweb.pl/">filmu w reżyserii Francisa Lawrence'a pod takim samym tytułem</a>. Filmu, który - wyjaśnijmy to sobie od razu - ma niewiele wspólnego z książką. <i>Jestem legendą</i> opowiada historię trzydziestoparoletniego Roberta Nevilla, który w obliczu nieopisanej grozy, samotności i rozpaczy z dnia na dzień coraz bardziej traci wiarę w sensowność dalszej walki. Mimo tego walczy. I to właściwie tyle, ile mogę wam opowiedzieć o fabule tej książki, nie psując przyjemności z ewentualnej lektury. O tym, czy uda mu się znaleźć  lekarstwo, czy przetrwa ataki wampirów i czy faktycznie jest ostatnim zdrowym człowiekiem na Ziemi musicie przekonać się sami.</p> 

<p>Filmowa, niespecjalnie ładna okładka może odstraszać - zapewniam jednak, że nie ma się czym przejmować. <a href="http://www.mag.com.pl/">Wydawnictwo Mag</a> postarało się o zupełnie przyzwoitą redakcję tekstu. Tłumaczenie Pauliny Braiter nie pozostawia wiele do życzenia - książkę czyta się przyjemnie i bez zgrzytów. Jednym słowem: solidna robota.</p> 

<p>Warto przeczytać. Jeśli nawet nie dla całości, to chociaż po to, aby przekonać się, z jakiego powodu powieść ma taki, a nie inny tytuł. Powiem szczerze, tym tytułem autor mnie zastrzelił. Przeczytacie - zrozumiecie, dlaczego był to idealny wybór. Ta niegruba książeczka zawiera też kilka naprawdę przejmujących scen i całkiem sporo duszącego klimatu. Groza, samotność, obrazki z opuszczonego miasta - trzy czynniki, które pewnie zadecydowały o popularności <i>Jestem Legendą</i>. Po lekturze <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/77/Brooks/Wojna_Zombie">Wojny Zombie</a> nietrudno o skojarzenia. No i zakończenie, które raczej trudno przewidzieć.</p> 

<p>Jednym słowem: polecam.</p>

<p>PS. O filmie na podstawie powieści nie ma co się specjalnie rozpisywać. Jak wspomniałem, adaptacja ma niewiele wspólnego z literackim oryginałem. Tu i tam są wampiry, tu i tam bohater zwie się Neville. Reszta... reszta to zupełnie inna bajka. Nie znaczy to jednak, że film jest zły - to całkiem przyjemna, niezobowiązująca rozrywka. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Thu, 17 Jul 2008 08:50:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/83/Matheson/Jestem_legenda</guid>
</item>
<item><title>Stalker</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/82/Strugaccy/Piknik_na_skraju_drogi</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Piknik na skraju drogi"</i></strong> - <strong>Arkadij i Borys Strugaccy</strong>, wyd. Prószyński i S-ka, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Obcy przylecieli. I prawie natychmiast odlecieli. Nie było uścisków, powitań, radosnego &quot;witajcie Ziemianie&quot;. Gwoli ścisłości, nie było też mordowania bezbronnej ludzkości, porywania niewinnych krów z pastwisk. Żadnych konkretów. Po inwazji zostały Strefy.</strong></p><p>Lubię od czasu do czasu sięgać po zakurzoną fantastykę, szczególnie taką, która swego czasu wywarła na mnie kolosalne wrażenie. <i>Piknik na skraju drogi</i> <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Strugaccy">braci Strugaccych</a> to absolutna klasyka gatunku, miło wsysająca niczego niespodziewającego się czytelnika. Co więcej - to powieść, która praktycznie się nie zestarzała (pierwsze wydanie pochodzi z 1972r.!) i dalej zaskakuje oryginalnością pomysłu. Dodatkową okazją do przypomnienia sobie tej książki jest zupełnie przyzwoita gra, luźno nawiązująca do fabuły <i>Pikniku</i>: <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/S.T.A.L.K.E.R.:_Shadow_of_Chernobyl">S.T.A.L.K.E.R.: Shadow of Chernobyl</a>, w którą niedawno radośnie sobie pykałem w celach relaksacyjnych. Wydanie, które właśnie trzymam w rękach, okładką nawiązuje do wspomnianej gry.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_82/obr_01.jpg" alt="Piknik na skraju drogi" />
</div>

<p>Strefy Lądowania: sześć okręgów porzuconych przez Obcych w różnych rejonach świata, w których fizyka zwariowała. Tylko tutaj na każdym kroku można natknąć się miejsca, które zaprzeczają prawom grawitacji, prawom zachowania energii, <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Prawa_Newtona">prawom Newtona</a>... Co tu dużo mówić: zaprzeczają WSZYSTKIM znanym prawom, które do tej pory uważano za pewnik. Jakby tego było mało, niektóre ze zjawisk mają wręcz paranormalne podłoże. Obcy pogubili / zostawili w Strefach tajemnicze przedmioty o zadziwiających właściwościach, których działania ani przeznaczenia nikt nie potrafi wytłumaczyć. Artefakty te szybko stają się najbardziej poszukiwanym towarem na Ziemi. Sami powiedzcie, kto nie skusiłby się przykładowo na <i>owaka</i>, czyli niewielkie źródło niekończącej się energii? Takiego <i>owaka</i> wsadzamy w stacyjkę specjalnie przerobionego samochodu i możemy zapomnieć o paliwie.</p>

<p>Do Strefy wejść niełatwo. Wkrótce po inwazji każde z tych sześciu niezwykłych miejsc zostało otoczone  kordonem wojska, a jedynymi osobami, które legalnie mogą buszować w Strefach są naukowcy z Międzynarodowego Instytutu Cywilizacji Pozaziemskich (MICP). Budynki Instytutu wyrosły jak grzyby po deszczu tuż przy granicy z "obszarem skażonym". Naukowcy, oprócz monopolu na badania nad artefaktami, otrzymują zadanie zbadania wpływu Strefy na ludzi. Wkrótce i tak okazuje się, że wspomniany monopol jest fikcyjny - tuż pod nosem MICP działają przemytnicy, którzy za odpowiednie pieniądze, ryzykując życiem, wynoszą znaleziska. Miejscowa ludność zwie ich <strong>stalkerami</strong>.</p> 

<p>Praca stalkera nie jest ani lekka, ani tym bardziej przyjemna. W efekcie - jak to zwykle z pracą nielegalną bywa - jest dobrze płatna. Przekraczasz granicę strefy i Twoje szanse na doczekane starości niebezpiecznie spadają w okolice zera. Wystarczy jeden nieostrożny krok&#8230;</p>  

<p>Głównym i najpoważniejszym zagrożeniem czyhającym na badaczy są anomalie występujące w Strefach. Tym najbardziej niebezpiecznym stalkerzy nadali slangowe nazwy: <i>czarci pudding</i>, <i>wyżymaczka</i>, <i>łysica</i> etc. Zwykła, niegroźnie wyglądająca trawa może stanowić śmiertelną pułapkę. Stalkerzy uczą się na błędach - zwykle nie swoich, bo wzorem saperów mylą się tylko raz&#8230;  Łatwo się domyślić, że obszar lądowania Obcych jest penetrowany i poznawany powoli, kosztem wielu ofiar zarówno wśród stalkerów, jak i naukowców. Doświadczony człowiek zawsze będzie bardziej skuteczny, niż najbardziej wymyślny zdalnie sterowany robot.</p> 

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_82/obr_02.jpg" alt="S.T.A.L.K.E.R." />
	  <p>&copy; GSC Game World, S.T.A.L.K.E.R. 2007</p>	
</div>

<p>Strefa w jakiś niewytłumaczalny sposób wpływa też na zdrowie ludzi, którzy do niej wchodzą. Niby nie stwierdzono jakiegokolwiek szkodliwego promieniowania, ale fakty są niezaprzeczalne: przerażające zmiany genetyczne, szczególnie wśród dzieci stalkerów. Kompletnie niewyjaśnionym pozostaje też zjawisko kumulowania nieszczęść, które spotyka każdego rdzennego mieszkańca okolic Strefy. Wystarczy, że wyemigruje gdzieś dalej i nagle sąsiedzi giną w wypadkach, pogoda wiariuje, ludzie chorują...</p> 

<p>Ostatni problem ma naturę ludzką: to strażnicy, czyli wspomniany już kordon wojskowy. Żołnierze mają rozkaz strzelać bez ostrzeżenia do wszystkiego, co próbuje opuścić Strefę. Podsumowując: <cite>Kiedy idziesz do Strefy, to sobie zakonotuj: z towarem wróciłeś - cud boski, z życiem uszedłeś - daj na mszę, kula patrolu - fart, a cała reszta - jak los zdarzy.</cite></p>

<p>Akcja powieści rozgrywa się w Harmont - jednym z sześciu miejsc, w których wylądowali Obcy. <cite>Nasze miasteczko to dziura (&#8230;) Tylko że obecnie to dziura w przyszłość. Przez tę dziurę my napompujemy wasz parszywy świat takimi rzeczami, że wszystko się zmieni. Życie stanie się inne, lepsze, i każdy będzie miał wszystko, czego mu trzeba</cite>. Początkowy optymizm naukowców zamienia się po latach w czarną rozpacz. Mimo upływu czasu, nikt nie ma najmniejszego pojęcia, w jaki sposób działają i do czego pierwotnie służyły Obcym przedmioty, które ludzie znajdują w Strefach. Owszem, znajduje się dla nich zastosowanie w naszym świecie -  zwykle banalne i, jak się powszechnie przypuszcza, niezgodne z ich faktycznym przeznaczeniem. Żadnemu naukowcowi nie udaje się również powielić czy zbudować żadnego z artefaktów. Więcej - nikt nie ma pojęcia, czy Strefy i rzeczy z nich wynoszone są błogosławieństwem dla ludzkości, czy może przekleństwem. <cite>A teraz już nikt nawet nie wie, co to właściwie takiego - wrzód, sezam, pokusa piekielna, puszka Pandory, czort, diabeł&#8230; Każdy z tego korzysta, jak umie.</cite></p>

<p>Jednym z najlepszych stalkerów, a zarazem pierwszoplanowym bohaterem Pikniku jest Red Shoehart, początkowo pracownik Międzynarodowego Instytutu Cywilizacji Pozaziemskich. To przede wszystkim jego oczyma będziemy poznawać Strefę i mieszkańców Harmont. Czeka nas osiem powieściowych lat, które całkowicie odmienią zarówno Reda, jak i mieszkańców miasteczka.</p>  

<p>Braciom Strugaccym udało się napisać poruszającą i smutną powieść, w której - jak w każdej dobrej, prawdziwej fantastyce - barwne tło, o którym pisałem powyżej, ma drugorzędne znaczenie. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem dramat jednostki i smutne historie ludzi, którzy w życiu szukają ciągle tego samego: szczęścia. I zwykle go nie znajdują. Na naszych oczach giną dobrzy ludzie, bohaterowie gorzknieją, marnieją i przechodzą na czarną stronę mocy. Skutek codziennego obcowania ze śmiercią? Tajemniczego wpływu Strefy? A może koszt akceptacji zjawisk i zdarzeń, które normalnym ludziom nie mieszczą się w głowach?</p> 

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_82/obr_03.jpg" alt="S.T.A.L.K.E.R." />
	  <p>&copy; GSC Game World, S.T.A.L.K.E.R. 2007</p>	
</div>

<p>Ta książka naprawdę jest tak dobra, jak o niej piszą. Narracja pierwszoosobowa, z której chętnie korzystają Strugaccy, pozwala po prostu wskoczyć w skórę stalkera i razem z towarzyszami buszować po Strefie w poszukiwaniu Złotej Kuli - owianego legendą artefaktu, który spełnia najskrytsze życzenia. Ostatnie wydanie, jak i tłumaczenie Ireny Lewandowskiej jest całkiem przyjemne, fanatycznym wielbicielom może jednak przeszkadzać zmiana tytułu książki na nawiązujący do ukraińskiej gry, o której wspomniałem na początku recenzji. I tak mamy <i>S.T.A.L.K.E.R. Piknik na skraju drogi</i>.</p>

<p>Warto wspomnieć w tym miejscu o wpływie, jaki książka miała na naszych wschodnich sąsiadów. Pamiętacie <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_w_Czarnobylu">katastrofę w Czarnobylu</a>? Jak myślicie, dlaczego ludzi, którzy myszkowali w Strefie Wybuchu zwano stalkerami? W tragedii z roku 1986 można zresztą doszukiwać się większej ilości analogii: sama Strefa, miasta - duchy, choroby ludności, 30-to kilometrowy pas "ziemi niczyjej", kordon wojskowy... Na podstawie powieści powstał radziecki film fabularny pt. <a href="http://www.filmweb.pl/f30808/Stalker,1979">Stalker</a>, w pewnych kręgach uważany za kultowy. Podobno w tym roku ma powstać kolejny, <a href="http://www.hollywood.com/movie/Roadside_Picnic/382104">tym razem amerykański</a>. No i nie zapominajmy o dwukrotnie wspomnianej tutaj grze komputerowej.</p>

<p><i>Piknik na skraju drogi</i> to kopalnia pomysłów, wciągająca fabuła, bohaterowie z krwi i kości plus drugie dno. Czego chcieć więcej? Powieść Strugaccych to doskonała lektura nie tylko dla zadeklarowanych wielbicieli gatunku.</p>

<p>PS. A jak już przeczytacie <i>Piknik</i>, bierzcie w ciemno <i>Poniedziałek zaczyna się w sobotę</i> i <i>Ślimaka na zboczu</i>. Kiedyś i o nich wam opowiem.</p>

<p>PS2. Dla osób biegle władających językiem angielskim: <a href="http://www.cca.org/cm/picnic.pdf">cała powieść w PDF-ie</a>, legalnie i za darmo. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Tue, 15 Jul 2008 08:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/82/Strugaccy/Piknik_na_skraju_drogi</guid>
</item>
<item><title>Nadzieja umiera ostatnia</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/81/McCarthy/Droga</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Droga"</i></strong> - <strong>Cormac McCarthy</strong>, wyd. Wydawnictwo Literackie, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Pod wiecznie szarym niebem, wśród popiołów, gruzów, śmierci i zniszczenia, marznąc i głodując wędruje dwoje ludzi. Mężczyzna i chłopiec. Ojciec i syn. Jedni z ostatnich przedstawicieli gatunku homo sapiens, jacy ocaleli po kataklizmie i latach, które po nim nadeszły. Na południu upatrują szansy na przeżycie. Tylko czy w takim świecie warto żyć?</strong></p><p><a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Cormac_McCarthy">Cormac McCarthy</a> zabiera nas w podróż do świata, który kończy się na naszych i bohaterów oczach. Radosna egzystencja ludzi na Ziemi została brutalnie przerwana przez wydarzenia, o których autor bezpośrednio nigdzie nie wspomina. Nie musi. Podróż ojca i syna pełna jest obrazków, które jednoznacznie wskazują na globalny konflikt nuklearny, zakończony śmiercią ogromnej części populacji i większości zwierząt. Garstce, która przeżyła kataklizm, grozi śmierć na skutek choroby popromiennej, <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Zima_nuklearna">zimy nuklearnej</a> oraz głodu. A to dopiero początek prawdziwych problemów.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_81/obr_01.jpg" alt="Droga" />
</div>

<blockquote><p>W tamtym czasie wyczerpały się już zapasy żywności i po kraju szalał mord. Świat wkrótce zaludnili mężczyźni, którzy zjadali dzieci na oczach ich rodziców, a miasta opanowały bandy poczerniałych łupieżców, którzy drążyli tunele wśród ruin i wypełzali z gruzów białych od walających się zębów i oczu, niosąc w nylonowych siatkach nadpalone, nieokreślone puszki jedzenia jak klienci w kantynach piekła. Miękki czarny talk przetaczał się po ulicach niczym kałamarnica rozwijająca swe sploty na morskim dnie i zakradało się zimno, i zmierzch nadciągał wcześnie (&#8230;). Na drogach pielgrzymi osuwali się, padali i oddawali ducha, a posępna, oblepiona mgłą Ziemia kręciła się poza Słońce i powracała (&#8230;). Zapasy się kończyły (&#8230;). Kraj ogołocono i splądrowano przed laty (&#8230;).</p></blockquote>

<p>Brrrr&#8230; Powyższy fragment zacytowałem nie tylko dlatego, że ładnie opisuje otoczenie, w jakim znaleźli się wspomniani ojciec i syn. Tekst ten daje wam również przedsmak stylu, jakim posługuje się autor w książce, którą za Wielką Wodą uhonorowano <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Pulitzer_Prize">nagrodą Pulitzera</a>. W tej nietypowej powieści, pisanej kwiecistym, pełnym porównań językiem, który nie raz i nie dwa będzie kojarzył się z poezją, znajdziecie niezwykle surowe dialogi. Zapewniam, że również one was zaskoczą - zarówno formą, w jakiej są podane (brak myślników), jak i treścią (pojedyncze słowa, równoważniki zdania).</p>

<p><i>Droga</i> to intrygujące połączenie fantastyki, horroru i mainstreamu, okraszone garścią filozoficznych rozważań. Czy w trudnych czasach można pozwolić sobie na luksus bycia dobrym? Jak zdefiniować pojęcie dobra? Ile warte jest życie i do czego można się posunąć, aby je zachować? Czy warto podejmować beznadziejną walkę o przetrwanie? Gdzie są granice człowieczeństwa? Powieść McCarthy'ego odpowiada tylko na niektóre z tych pytań -  nigdy nie bezpośrednio, zawsze za pomocą mocno zapadających w pamięć obrazów. Podoba mi się atmosfera marazmu i beznadziei, którą autorowi udało się zamknąć na kartkach <i>Drogi</i>. Podróż, którą odbywają bohaterowie, przecież nie ma szans skończyć się dobrze&#8230;</p> 

<p>Warto zwrócić uwagę na oszczędność słów i gestów, dzięki którym bohaterowie komunikują się ze sobą. Ich kontakt jest bardzo męski, surowy. Ojciec uczy syna świata, dba o jego przetrwanie, upatrując w tym celu własnej egzystencji. Co ciekawe, mężczyzna informacje o świecie sprzed kataklizmu dawkuje oszczędnie, jakby przekonany o całkowitym bezsensie przekazywania tej wiedzy chłopcu. Chłopcu, który urodził się wkrótce PO kataklizmie i najprawdopodobniej nigdy nie widział Słońca i niebieskiego nieba.</p>

<p>Można narzekać na schemat, na jakim oparta jest konstrukcja <i>Drogi</i>. Codziennie to samo: wstają, idą, śpią. Na lewo spalona wioska, na prawo gruzy miasta. Poszukiwanie jedzenia. Czasem spotkanie z kimś, przed kim zwykle trzeba uciekać. Oszczędny dialog. Wydaje się jednak, że to zabieg celowy, dodatkowo podkreślający beznadziejność tej wędrówki.</p> 

<p><i>Droga</i> to z pewnością jedna z ciekawszych powieści postapokaliptycznych, zawdzięczająca swoją popularność oraz pozycję bestsellera dwóm czynnikom. Pierwszy z nich to klimat - dla Amerykanów, lubujących się w przesłodzonych historiach, koniecznie zwieńczonych filmowym <i>happyendem</i> lektura <i>Drogi</i> musiała być niezłym szokiem. Drugi czynnik to  język, jakim została napisana, zaskakujący wielbicieli fantastyki. Tym samym i jedni (fantaści) i drudzy (mainstramowcy) dostają dzieło, obok którego nie da się przejść obojętnie. Co nie znaczy, że książka spodoba się wszystkim - wszak <i>de gustibus non est disputandum</i>.</p> 

<p>Polecam. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Mon, 14 Jul 2008 07:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/81/McCarthy/Droga</guid>
</item>
<item><title>Pokój Trupojada</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/80/Antologia/Pokoj_do_wynajecia</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Pokój do wynajęcia"</i></strong> - <strong>(różni autorzy) Antologia</strong>, wyd. Red Horse, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>To nie jest tak, że drugi tom mrocznych opowiadań - pokłosie konkursu ogłoszonego przez wydawnictwo RedHorse - jest książką złą. Wśród szesnastu debiutanckich opowiadań znajdują się przecież i takie, które mocno przykuwają uwagę czytelnika. Niestety, &quot;Pokój do wynajęcia&quot; na tle &quot;Trupojada&quot; wypada zaskakująco blado. Sprawa jest prosta - najlepsze teksty trafiły do pierwszego zbiorku.</strong></p><p>Łukasz Orbitowski we wstępie do drugiej części antologii opowiadań grozy pisze: <cite>&#8222;Cieszy mnie ta antologia [&#8230;]. Jeśli zestawimy pokój do wynajęcia z poprzednim <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/73/Antologia/Trupojad__Nie_ma_ocalenia">Trupojadem</a> wyjdzie, że mamy ponad dwudziestu autorów zainteresowanych horrorem, znających jego podstawy, szukających drogi, albo tych, co drogę znaleźli. To fantastyczna sprawa.&#8221;</cite>. Cieszy entuzjazm Orbitowskiego, jednocześnie zaskakując niezwykle dyplomatycznym ujęciem tego, o czym pisałem wyżej. Zauważyliście? Nie chwali, nie wyśpiewuje peanów na cześć autorów tekstów, które znalazły się w <i>Pokoju do wynajęcia</i>. Nie powiem, żeby w tej chwili zapaliła mi się ostrzegawcza lampka. Jakoś przeoczyłem tę - ujmijmy to równie dyplomatycznie - delikatną sugestię, coby jednak nie szykować się na literacki cios w potylicę i zwalenie z nóg. Zacząłem czytać.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_80/obr_01.jpg" alt="Pokój do wynajęcia" />
</div>

<h2>Ewa Mroczek - "Tylko ciało"</h2>
<p>Niezwykłej urody wiedźma <cite>Aliya nie lubiła nieboszczyków, ale kochała pieniądze</cite>.  Umiejętności zawodowe: odsyłanie krnąbrnych zmarłych tam, gdzie ich miejsce. Zwykle wbrew ich woli. Kiedy jednak na jej drodze staje nietypowa rodzinka wielbicieli pewnego wyjątkowego "trunku", sprawy się komplikują&#8230; Nie na tyle, niestety, aby ocalić czytelnika przed ziewaniem, a samo opowiadanie przed literackim niebytem. Nie ma klimatu, nie ma dobrego humoru, całość skonstruowana jest tak, że kompletnie mnie nie interesowało, co stanie się z bohaterką i jak sobie rezolutna (w zamyśle autorki) wiedźma poradzi. Natychmiast po lekturze zapomniałem, o czym czytałem.</p>

<h2>Adrian Miśtak - "Worek"</h2>
<p>Krótkie, treściwe i krwiste. Daję plusik, chociaż nie ma specjalnie się czym zachwycać.</p> 

<h2>Tomasz Golis - "Pokój do wynajęcia"</h2>
<p>Jedno z najlepszych opowiadań ze zbiorku. Czysta groza wyłaniająca się w pozornie normalnym życiu zwykłego studenta. Ot, kawalerka. Z dużym oknem. Tanio. Szurnięty staruszek z naprzeciwka. Dziwne sny. Paznokieć&#8230;</p> 

<h2>Sebastian Imielski - "Kraina"</h2>
<p>Niezwykłe opowiadanie o niezwykłych bohaterach. Aż dziwi mnie fakt, że Orbitowski, który we wstępie wspomina o "kingowości" niektórych opowiadań, nie wymienia "Krainy". Mnie  kojarzyło się  z <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/60/King/To">To</a>. Duży plus.</p> 

<h2>E.K. Jozpas - "Testament ciotki Stefanii"</h2>
<p>Sporo dobrego klimatu a la "Szósty zmysł". Mimo tego&#8230; jakoś nie jestem przekonany.</p>

<h2>Paweł Dałek - "Królowa jednego wieczoru"</h2>
<p>Okrutny dzieciak w akcji. Tajemnica ojca. Nie kupuję takich historii.</p>

<h2>Paweł Paliński - "Krawaty Koltaya"</h2>
<p>Historia pewnego zbieracza krawatów. Ciężka, ale ciekawa narracja. Fajny klimat. Plus.</p>

<h2>Agnieszka Majchrzak  - "Stary Las"</h2>
<p>Kompletnie nie moje klimaty. Jakaś Julia, jakiś powóz wiozący ją do tajemniczego domu tajemniczej ciotki w środku tajemniczego lasu. A tam&#8230; tak, tak, same niebezpieczeństwa, które chcą pożreć naszą bohaterkę. Albo zamienić w&#8230; Było, nieprawdaż? Owszem, bo to raczej klasyka grozy.</p>

<h2>Marcin Dobrowolski - "Powrót do domu"</h2>
<p>Klimat! Duży plus za klimat! Historia może mniej ciekawa, zakończenie również, ale klimat - szczególnie początku - przedni. I za to duży plus.</p>

<h2>Aleksandra Zielińska - "Uważaj! Nadchodzi burza"</h2>
<p>Króciutkie. Nie bardzo widzę sens pisania takich opowiadań, składających się ledwie z zarysu scen, migawek. Nie ma czasu wczuć się w klimat, nie ma czasu na jakąkolwiek identyfikację z bohaterami. Zostają ledwie obrazy - trzeba przyznać, że w tym przypadku niezwykle sugestywne. Moim zdaniem: to za mało.</p>

<h2>Marcin Kryszczuk - "Cena sztuki"</h2>
<p>Portret. Malarz. Jestem na nie.</p>

<h2>Daniel Greps - "Październikowa opowieść"</h2>
<p>Kłótnia z żoną. Bar dla odprężenia. Dziwny nieznajomy mówiący dziwne rzeczy. A potem: prawdziwy koszmar. Zły sen? Plusik!</p>

<h2>Tomasz Fenske - "2:31"</h2>
<p>Dziwna przygoda kasjerki z supermarketu z pewnym zepsutym (?) zegarem. Z każdą przerzucaną kartką napięcie rośnie. I chociaż zakończenie mnie rozczarowało, daję plus za konstrukcję, klimat i stopniowanie napięcia.</p>

<h2>Krzysztof Gonerski - "Potwór"</h2>
<p>Króciutko i makabrycznie. Plus za wyciągnięcie strachów spod łóżka. Mimo, że niebywale proste i oparte na pierwotnym, dziecięcym strachu, jedno z moich ulubionych opowiadań ze  zbiorku. Głównie dzięki temu, że kończy się tak, jak się kończy. Brawo!</p>

<h2>Kyrcz&amp;Radecki - "Zmysły"</h2>
<p>Sami przeczytajcie. Mam wątpliwości, czy kupuję takie historie. Z jednej strony - dają do myślenia (wszak groza rodzi się tutaj z niewytłumaczalnego zakazu rodziców i tajemniczych odgłosów z piwnicy, w której siedzi dziadek). Całkiem niezła narracja, z perspektywy chłopca odkrywającego prawdę o potworze w piwnicy. Jednak samo zakończenie&#8230; Bo ja wiem? Brakuje mu pary? Klimat nakręcony to granic możliwości i takie "zwyczajne" wytłumaczenie? A może jednak lepsze takie, niż kolejny potwór wyskakujący z ciemności? Wnioski: zwykle boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy. Tak czy siak, ciekawe.</p>

<h2>Marek Sobolewski - "Nie oglądaj się za siebie"</h2>
<p>Były policjant i jego nietypowy dar "widzenia". Policyjne śledztwo. Niby jest tu wszystko, co zwykle w takich opowiadaniach mi się podoba - tajemnica, szybka akcja, czynnik paranormalny&#8230; a jednak przeczytałem i znów: praktycznie od razu zapomniałem, o czym to było.</p>

<p>Taka książka, jak ta, skłania mnie do niewesołych konkluzji. Albo jestem już za stary na takie historie, albo po prostu przesiąkłem tą całą fantastyką i grozą już tak mocno, że mało co jest mnie w stanie poruszyć i - co za tym idzie - spodobać się. Moje wymagania również ewoluowały: kiedyś sięgając po tego typu literaturę szukałem zaskakujących pomysłów i nietypowych historii. Dzisiaj bardziej kręci mnie klimat, oczekuję mistrzowskiego warsztatu pisarza. Tego ostatniego trudno szukać wśród debiutantów, zwykle młodych ludzi, którzy w <i>Pokoju do wynajęcia</i> stawiają swoje pierwsze kroki. Jak pewnie zauważyliście, klimatu w tych szesnastu opowiadaniach starcza ledwie na kilka historii, pomysły mnie nie zachwycają, a i wykonanie, mimo że zwykle poprawne, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Uogólniam, ale&#8230; odkładam tę książkę na półkę i oddycham z ulgą.</p> 

<p>Dobrze, że to koniec.</p>

<p>Patrzę na <i>Trupojada</i> i <i>Pokój do wynajęcia</i> i jestem pewien, że dokładniejsza selekcja  opowiadań z jednego i drugiego zbiorku dałaby świetną książkę, która - faktycznie zawierając jedynie najlepsze teksty - byłaby wydarzeniem na naszym fantastycznym poletku. Mówiąc wprost - należało postawić na jakość, a nie ilość. Mimo tego, wydawnictwu <a href="http://redhorse.pl/">RedHorse</a> należą się brawa za odważnie promowanie nowych nazwisk oraz za konkurs, dzięki któremu mogliśmy przeczytać sporo niezłych i kilka zaskakująco dobrych opowiadań. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Sun, 13 Jul 2008 10:30:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/80/Antologia/Pokoj_do_wynajecia</guid>
</item>
<item><title>Kto pyta - nie błądzi</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/79/Holownia/Tabletki_z_krzyzykiem</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Tabletki z krzyżykiem"</i></strong> - <strong>Szymon Hołownia</strong>, wyd. Wydawnictwo Znak, 2008 | <strong>literatura piękna polska</strong></p><p><strong>Co pewien czas na łamach czytelni polecam wam książki, które nie mają nic wspólnego z fantastyką, sensacją czy horrorami. Zwykle są to książki, na które wpadam przypadkiem lub wręcz przeciwnie - dostaję od kogoś znajomego z poleceniem &quot;musisz to przeczytać&quot;. Są też takie pozycje, które po prostu czytam z premedytacją. Dzisiaj, w pierwszy dzień Wielkanocy, zaprezentuję wam książkę wyjątkową. Sięgnąłem po nią głównie przez wzgląd na osobę autora - równie wyjątkową jak jego książka.</strong></p><p>Nie macie czasami wrażenia, że świat, który nas otacza, pędzi do przodu w zastraszającym tempie? W natłoku spraw, które codziennie nas otaczają i absorbują, które wręcz kradną nam czas, bardzo rzadko mamy okazję pochylić się nad tym, co naprawdę jest ważne. Praca spycha na bok nie tylko przyjaciół i rodzinę &#8211; co samo w sobie jest wystarczająco groźne &#8211; ale przede wszystkim sprawy o fundamentalnym znaczeniu dla każdego z nas. Takie, jak wiara i Bóg.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_79/obr_01.jpg" alt="Tabletki z krzyżykiem" />
</div>

<p>Bez obaw - nie zamierzam ani was nawracać, ani smęcić na temat postępującej laicyzacji naszego, jakby nie było - katolickiego społeczeństwa. Nie robi też tego autor <i>Tabletek z krzyżykiem</i>, który i bez takich wyzwań podjął się zadania karkołomnego. Otóż postanowił napisać o Bogu i wierze bez zbędnego moralizatorstwa, ze swadą i humorem odpowiadając na pytania, które być może również i wam nie raz przyszły do głowy.</p> 

<p>Na <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Ho%C5%82ownia">Szymona Hołownię</a> natknąłem się po raz pierwszy kilka lat temu w jednym z numerów Newsweeka. Facet pisał artykuły i reportaże na tematy obracające się wokół religii. Pisał ciekawie, miał dobry warsztat i - co najważniejsze - jego styl dalece odbiegał od tego, co nazwałbym "kapłańskim zacietrzewieniem". Podejrzewam, że to właśnie ten ostatni czynnik miał największy wpływ na jego obecną pozycję w mediach, w których traktowany jest jako ekspert od tematów  dotyczących Kościoła Katolickiego. Co ciekawe, Szymon jest osobą świecką. Jego klasę potwierdza chociażby Nagroda Dziennikarska &#8222;Ślad&#8221; im. Bp. Jana Chrapka, którą przyznano mu w 2007 roku za <cite>głęboką znajomość tematyki religijnej w połączeniu z doskonałą orientacją w świecie współczesnej kultury</cite> oraz <cite>stworzenie nowatorskiej na polskim gruncie formuły pisania o sprawach religijnych</cite>. Sam nie ująłbym tego lepiej. Można ewentualnie dorzucić jeszcze jedno zdanie: Hołownia łączy, a nie dzieli. Facet swoją postawą udowadnia, że chrześcijaństwo we współczesnym świecie ma rację bytu, a wierzący to nie jest jakiś dziwoląg, ale po prostu człowiek, który kieruje się pewnymi zasadami.</p>

<blockquote><p>[&#8230;] obraz mojego kościoła i mojej wiary, jaki rysują media [&#8230;] jest boleśnie płytki. [&#8230;] patrząc nań, nie powiększam stanu mojej wiedzy, a tylko tuczę emocje.</p></blockquote>

<p>Nie mam pewności, komu bardziej przydadzą się <i>Tabletki z krzyżykiem</i>. Książka napisana jest w taki sposób, że powinna spodobać się zarówno wierzącym, jak i &#8222;niewierzącym&#8221;, na pewno jednak pomoże wątpiącym. Na blisko 350 stronach znajdziecie odpowiedzi na setki pytań związanych z Bogiem i religią. Czasami są to pytania absurdalne (pozornie), innym razem śmieszne, są też jak najbardziej poważne. Hołownia udziela na nie odpowiedzi po swojemu: ciekawie i z humorem, mądrze, wychodząc z założenia, że nie ma pytań głupich. I jeszcze jedno: <cite>w tej książce nie ma ani słowa o: lustracji księży, toruńskiej rozgłośni, skandalach obyczajowych czy biskupich nominacjach</cite>.</p>

<p>Ale, ale. Opowiadam tutaj o pytaniach, na które odpowiada Szymon, a nie dałem jeszcze żadnego przykładu. Już sam podtytuł książki daje pewne wskazówki: &#8222;Pierwsza pomoc w lękach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami&#8221;. Spodziewacie się czegoś w stylu: Kim jest Bóg? Kto to jest Maryja? Dlaczego grzeszymy? Ha! Moi drodzy, książka zawiera odpowiedzi między innymi na następujące ważkie pytania:</p>

<ul>
<li>Kiedy będzie koniec świata?</li>
<li>Czy niebo to wieczny orgazm?</li>
<li>Dlaczego aniołom skrzydła wyrastają z głowy?</li>
<li>Czym różni się dusza od karty SIM?</li>
<li>Czy E.T. jest katolikiem?</li>
<li>Dlaczego król Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką?</li>
<li>Jeśli Bóg jest Ojcem, kto jest Matką?</li>
<li>Czy ryby też utonęły w potopie?</li>
<li>Czy Hitler i Stalin są w piekle?</li>
<li>Który tom przygód Harry'ego Pottera podyktował szatan?</li>
</ul>

<p>Rozumiecie już, dlaczego ta książka jest taka wyjątkowa?</p>

<p>Zerkając na powyższą listę można odnieść wrażenie, że Hołownia to wariat. Który poważny autor zajmowałby się takimi sprawami? Zabawne: w odpowiedziach na takie absurdalne pytania Szymon przemyca solidną dawkę wiedzy na temat naszej wiary, często popartej cytatami z Pisma Świętego, Katechizmu Kościoła Katolickiego i całej sterty innych pism i książek o fundamentalnym znaczeniu religijnym. Wiedza autora imponuje. Dwa lata, które poświęcił na prace nad <i>Tabletkami...</i> nie poszły na marne.</p> 

<p>Na koniec słowo o budowie książki. <i>Tabletki z krzyżykiem</i> podzielone są na cztery główne części, każda z nich ma w nazwie tabletki. I tak znajdziecie tutaj:</p>
<ul>
<li>Tabletki o sławnych ludziach</li>
<li>Tabletki fundamentalne</li>
<li>Tabletki okołonaukowe</li>
<li>Tabletki pośmiertne</li>
</ul>
<p>Każdą część opatrzono w szczegółową bibliografię, dzięki której zainteresowany czytelnik z łatwością może poszerzać wiedzę we własnym zakresie. </p>

<p>Książkę można czytać w dowolny sposób: od deski do deski, na wyrywki, w razie potrzeby. Hołownia w &#8222;Instrukcji obsługi&#8221; pisze między innymi: <cite>Gdy w duszy nagle pojawi się uczucie gniecenia i gonitwa myśli krążących wokół jakiegoś duchowego pytania, należy otworzyć książkę na spisie treści, wyłuskać właściwą tabletkę (oznaczoną stosownie), a następnie ją przeczytać. Jeśli dolegliwość nie ustąpi, trzeba zażyć wszystkie tabletki związane z danym pytaniem</cite>.</p>

<p><i>Tabletki z krzyżykiem</i> to mądra i dająca do myślenia książka. Okazuje się, że o naszej wierze ciągle jeszcze da się pisać językiem zrozumiałym dla każdego, bez nienawiści i z poszanowaniem odmiennych poglądów. Okazuje się, że o trudnych sprawach można opowiadać ciekawie, z humorem i bez zbędnego moralizatorstwa.</p>

<p>Szymon Hołownia potrafi.</p>

<p>I za to właśnie go lubię. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=4">Recenzje -> literatura piękna polska</category>
<pubDate>Sun, 23 Mar 2008 22:59:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/79/Holownia/Tabletki_z_krzyzykiem</guid>
</item>
<item><title>Panopticon</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/78/Twelve_Hawks/Traveler</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Traveler"</i></strong> - <strong>John Twelve Hawks</strong>, wyd. Sonia Draga, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Koncepcja świata, który nie jest takim, jakim na pierwszy rzut oka się wydaje, to nic nowego w fantastyce. Każdy, kto oglądał Matriksa, zdaje sobie sprawę, że jest jeno bezwolną baterią. Podobnie rzecz ma się ze wszelkiego rodzaju teoriami spiskowymi. Całkiem sporo ludzi wierzy przecież, że za WSZYSTKIM stoją ONI. Jesteśmy bezwolną masą, sterowaną przez - w zależności od obowiązującego trendu - ogłupiającą telewizję, mamonę, religię, obcą cywilizację, Jedynych Prawdziwych Wiedzących, Powierników Najprawdziwszej Prawdy etc. itd. A co powiecie na światy równoległe? Było, prawda? Kolejna książka, która podejmuje takie tematy powinna nudzić i budzić co najwyżej zniecierpliwienie - no bo ile razy można czytać o tym samym? Powinna. Ale wcale tego nie robi.</strong></p><p>Za taki stan rzeczy odpowiada autor, któremu udała się rzecz na pierwszy rzut oka niemożliwa. Otóż jakimś cudem udało mu się wymieszać dosłownie wszystkie ograne i wyświechtane motywy fantastyczne, jakie tylko przyjdą wam do głowy. Moi drodzy, <i>Traveler</i> to powieść, w której znajdziecie wspomniane teorie spiskowe, podróże międzywymiarowe, dzielnych wojowników walczących białą bronią, obce cywilizacje, superkomputery, zmutowane stwory, tajemnicze sekty, potężne talizmany, wszystkowiedzącą Sieć i - oczywiście  - Wybrańca. Mamy tutaj bohaterów, którzy odkrywają swoją prawdziwą tożsamość i godzą się z przeznaczeniem, mamy tajemnicze szkolenia pod okiem Przewodnika, zakończone osiągnięciem wyższego poziomu samoświadomości i zdobyciem nowych umiejętności, mamy perfekcyjnych wojowników z kodeksem honorowym wrytym w mózg. No i czarne charaktery - prawdziwi madafakerzy z klasą, mający w kieszeniach rząd, policję, naukowców, oczywiście pragnący władzy nad światem. I jeszcze akcja: doskonale znane z filmów sensacyjnych wybuchy, pościgi, pojedynki, ucieczki, rodzące się uczucia. Jakim cudem, pytam ja się, z takiego koktajlu powstała powieść, którą czyta się jednym tchem?</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_78/obr_01.jpg" alt="Traveler" />
</div>

<p>Szkielet wygląda tak. <strong>Travelerzy</strong> - dobrzy goście, nieliczni, którzy swobodnie przemykają pomiędzy sześcioma światami i zwykle przynoszą ludziom Dobrą Nowinę (czytać: idee, które odmieniają życie całych społeczności). <strong>Arlekini</strong> - nieustraszeni wojownicy, za cenę życia bronią Travelerów przed złem w postaci Tabulów. <strong>Tabulowie (aka Bracia)</strong> - źli goście; wierzą, że tylko pełna kontrola może zagwarantować ludzkości szczęście. Dlatego bezpardonowo eliminują Travelerów i rządzą Rozległą Siecią: systemem komputerowym o zasięgu globalnym, który monitoruje i steruje  ludźmi, kompletnie nieświadomymi tych faktów.</p> 

<blockquote><p>Bracia są najszczerszymi idealistami. Chcemy tego, co będzie najlepsze dla każdego: pokoju i dobrobytu dla wszystkich. Jedynym sposobem osiągnięcia tego szczytnego celu jest zapewnienie stabilizacji społecznej i politycznej [&#8230;]. W obecnych czasach ludzie obawiają się świata wokół siebie, a strach ten można bez trudu podsycać i podtrzymywać. Ludzie pragną się znaleźć w naszym wirtualnym <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Panoptikon">panopticonie</a>. Będziemy ich strzec, na podobieństwo dobrych pasterzy. Będą monitorowani, kontrolowani i chronieni przed nieznanym. Poza tym rzadko będą się zdarzały sytuacje, w których zauważą więziennie mury. Zawsze będzie coś, co przyciągnie ich uwagę. Wojna na Bliskim Wschodzie. Skandal z udziałęm sławnych osób. Mistrzostwa świata w piłce nożnej albo Super Bowl. Narkotyki [&#8230;]. Reklamy. Listy przebojów. Nowe trendy w modzie. Strach może nakłaniać ludzi, aby przekraczali próg panopticonu, ale gdy już się w nim znajdą, zapewniamy im rozrywkę. [&#8230;] Zasady są czytelne i jasne. Rodzaj ludzki musi nauczyć się posłuszeństwa. Za każdym razem jednak, gdy jakaś grupa społeczna była bliska osiągnięcia określonego poziomu stabilności, pojawiał się Traveler z nowymi ideami i dążeniem do zmiany wszystkiego. [&#8230;] Model [panopticon - dop. R.S. ] działa bez zarzutu pod warunkiem, że cała ludzka społeczność żyje wewnątrz budowli. Przestaje funkcjonować, jeśli choć jeden z osobników jest w stanie otworzyć drzwi i wydostać się na zewnątrz systemu.&#8221;</p></blockquote>

<p>Braciom udało się zabić prawie wszystkich Travelerów i są o krok od zniewolenia całej ludzkości. &#8222;Prawie&#8221;, jak dobrze wiecie, czyni jednak sporą różnicę&#8230; Oto okazuje się, że w Stanach żyją dwaj bliźniacy - Gabriel i Michael Corriganowie - całkowicie nieświadomi posiadanego daru. Informacja o ich istnieniu dociera na szczęście nie tylko do Tabulów, ale i do niedobitków Arlekinów. Zadanie przechwycenia i ochrony braci zostaje powierzone pięknej Mayi, która nigdy nie chciała być wojownikiem&#8230;</p>

<p>Tak rozpoczyna się powieść <a href="http://www.johntwelvehawks.com/">Johna Twelve Hawksa</a> otwierająca trylogię pt. <i>Czwarty Wymiar</i>. Że kogo, zapytacie? Janek Dwanaście Jastrzębi (JXIIH) to, jeśli wierzyć słowu amerykańskiego wydawcy, niezwykle tajemnicza postać. Do tego stopnia, że nikt nie ma pojęcia, kim ów jegomość w ogóle jest. Facet (kobieta?) żyje poza Siecią, ze światem kontaktuje się za pomocą trudnego do namierzenia telefonu satelitarnego, dodatkowo cyfrowo modyfikując swój głos. Ci, którzy nie wierzą w takie bzdury, próbują zgadywać, kim jest tajemniczy autor Travelera. Oczywiście <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/John_Twelve_Hawks#Theories">stawiają na znanych pisarzy</a>.</p> 

<p>Anonimowy autor to nie jedyna tajemnica związana z <i>Czwartym Wymiarem</i>. Na potrzeby promocji książki powstała seria witryn internetowych (linki obok), których głównym zadaniem jest budowanie klimatu. Pomysł i jego skala - fenomenalny.</p>

<p>Polskie wydanie Travelera nie budzi większych zastrzeżeń. Tłumaczenie sprawia wrażenie pewnej sztywności językowej, nie przeszkadza to jednak w lekturze. Prosta okładka, w środku pół tysiąca kartek, które &#8211; podkreślę raz jeszcze &#8211; przerzuca się błyskawicznie. Całe szczęście, że drugi tom (<a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/86/Twelve_Hawks/Mroczna_rzeka">Mroczna rzeka</a>) już wydano - można od razu wstrzelić się w dalszy ciąg pokręconej historii, którą zaserwował nam autor.</p>

<p>Pora na podsumowanie. Traveler to doskonały thriller fantastyczny, który - mimo że pomysły czerpie dosłownie zewsząd - sprawia wrażenie świeżości. Źródeł sukcesu doszukiwałbym się w szkielecie powieści, czyli w oparciu jej na teoriach spiskowych i strachu przed utratą wolności we współczesnym świecie. Świecie, w którym nad głowami krążą setki satelitów, w kieszeni brzęczą telefony komórkowe, a na biurkach w domowych pieleszach stoją ultraszybkie komputery z szerokopasmowym dostępem do Internetu. Nie potrafimy już obejść się bez tych wszystkich urządzeń, ale jednocześnie się ich boimy. Przecież tak naprawdę wcale nie rozumiemy, jak one działają&#8230; A jeśli ktoś właśnie w tej chwili wykorzystuje je do niecnych czynów? A jeśli faktycznie każdy nasz krok jest monitorowany? Brrrrr&#8230;</p> 

<p>Hawksowi udała się trudna sztuka zbudowania na kartkach powieści przekonywującego świata i stworzenia sympatycznych (chociaż przyznaję z ręką na sercu: schematycznych i raczej jednowymiarowych) bohaterów. Autor opowiedział historię, która być może miejscami razi naiwnością (nieprawdopodobne, z jaką łatwością bohaterowie wykradają Gabriela z perfekcyjnie strzeżonego laboratorium), ale i tak trzyma mocno w napięciu. Po prostu, w Travelerze jest coś takiego, co każe przerzucać następną kartkę z wypiekami na twarzy i pytaniem: co dalej? Na pewno nie jest to powieść doskonała, nie można jej jednak odmówić jednego: prowokuje do przemyśleń. I na długo zostaje w głowie.</p> 

<p>Jednym słowem: polecam. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Fri, 21 Mar 2008 21:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/78/Twelve_Hawks/Traveler</guid>
</item>
<item><title>Wojna Zet</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/77/Brooks/Wojna_Zombie</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Wojna Zombie"</i></strong> - <strong>Max Brooks</strong>, wyd. Red Horse, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Założę się, że wszyscy chociaż raz w życiu widzieliście zombie. No, nie, nie na żywo oczywiście, ale w kinie czy na ekranie telewizora. Zombie to taki ożywiony umarlak, poruszający się niezgrabnie, zwykle z rękami wyciągniętymi przed siebie, lubujący się we krwi i mózgach swoich żywych protoplastów. Pechowiec, którego ugryzie bestia, najpierw pada martwy, a potem dołącza do nowych kolegów. I generalnie tak to się kręci. Przynajmniej do czasu, gdy jedzenia dostatek.</strong></p><p>Powiem szczerze. Sięgając po książkę <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Max_Brooks">Maxa Brooksa</a> spodziewałem się najgorszego. W jaki sposób dorosły, poważny człowiek, jakim najprawdopodobniej jest autor, może pisać o takich, za przeproszeniem, pierdołach? Jakim cudem może mnie przerazić wyssana z palca opowieść o szwędających się żywych trupach, na domiar złego oparta na wtórnym, wyeksploatowanym do cna pomyśle? Siedziałem tak sobie, patrzyłem na skądinąd całkiem przyjemną okładkę i zastanawiałem się: co mnie pokusiło? Jakim, kurczaki, cudem, dałem się namówić na takie idiotyzmy? No dobra, może nie będzie tak źle. Może przesadzam. Może miast "straszyć", autor potraktuje sprawę z przymrużeniem oka i po prostu się pośmiejemy? Tak czy siak, dawno nie miałem w rękach książki, którą z czystym sumieniem mógłbym zmieszać z błotem. Nie jestem pewien, ale to chyba wtedy nabrałem powietrza w płuca, krzyknąłem: "no to siup!" - i przewróciłem pierwszą stronę.</p>

<p>Z kartek wylazły żywe trupy.</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_77/obr_01.jpg" alt="Wojna Zombie" />
</div>

<p>Najpierw pojedyncze, gdzieś w Chinach. Wieśniacy, których odnajdywano majaczących i najwyraźniej chorych, próbowano izolować, badać i leczyć. A oni zarażali. Wystarczył przypadkowy kontakt z krwią, ukłucie, ugryzienie. Władze CHRL zręcznie tuszowały lokalne epidemie, otaczając zarażone wioski kordonem wojska, nakładając całkowite blokady informacyjne. Przecież najwspanialsze państwo świata nie może ujawnić, że boryka się z kuriozalnym problemem, z którym na domiar złego nie bardzo potrafi sobie poradzić. Trudno oczywiście zablokować teren tak, żeby nikt się niego nie wydostał - zarażone jednostki co i rusz wymykały się żołnierzom. Najprawdopodobniej to i tak nie miało znaczenia - ognisk choroby było więcej.</p> 

<p>Wirus Z nie zabijał od razu. Najsilniejsi przeżywali kilka dni, z każdą chwilą czując się gorzej. A potem, kiedy umierali, ich bezwolne ciała wyruszały na poszukiwanie pożywienia. Zlikwidować takiego potwora wcale nie było łatwo, chociaż poruszał się wolno i niezdarnie. <cite>Żeby zniszczyć zombie, trzeba go trafić w głowę, zniszczyć mózg, a nie ciało, bo póki główka pracuje i pozostały jakiekolwiek możliwości poruszania się, zombie idzie dalej. A jak nie może, to chociaż się czołga.</cite></p>

<p>Liczba zombie wzrastała lawinowo. Zagrożenie wkrótce przestało dotyczyć tylko Chin. Dwa namacalne czynniki, w początkowym okresie epidemii chyba najbardziej odpowiedzialne za rozwleczenie wirusa po całym globie to kwitnący nielegalny handel ludzkimi organami i globalny transport. Narządy pobrane gdzieś w Chinach trafiały na drugi koniec świata do nieświadomych zagrożenia lekarzy, którzy wszywali nowe serca, nerki i wątroby swoim pacjentom. Zarażeni ludzie wsiadający do samolotu... Kiedy zauważono problem, na wszystko było za późno.</p> 

<p>Jak to możliwe, że wirus Z tak łatwo i szybko opanował najdalsze zakątki świata? Wszystkiemu winien jest oczywiście &#8222;czynnik ludzki&#8221;. A właściwie: ignorancja i trudność z akceptacją faktów, które logiczny umysł odrzuca. No, sami powiedzcie: jak tu uwierzyć w żywe trupy? Umarli wstają z grobów, gryzą i zarażają? Absurd! To przecież niemożliwe!</p>

<p>A&#8230; a jeśli to prawda? Wtedy, moi drodzy, wszyscy mamy przerąbane.</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_77/obr_03.jpg" alt="Wewnętrzna strona okładki" />
</div>

<p>Autorowi <i>Wojny Zombie</i> udała się rzecz niebywała: absurdalną - tylko z pozoru - inwazję zombie przedstawił szalenie przekonywująco. Co więcej: on to zrobił całkowicie serio. Zrobił to tak dobrze, że od powieści nie można się oderwać. Jego patent, jak się za chwilę przekonacie, jest prosty, ale zarazem niezwykle skuteczny.</p>

<p>Brooks zrezygnował z &#8222;tradycyjnej&#8221; narracji powieściowej. <i>Wojna Zombie</i> to zbiór uporządkowanych relacji naocznych świadków wydarzeń, które jakoby miały miejsce w 2010 r. Z ocalałymi, dziesięć lat po wojnie, rozmawia członek specjalnej Komisji Raportu Powojennego ONZ, którego zadaniem jest przygotowanie obiektywnego raportu o zdarzeniach, <cite>pozwalającego przyszłym pokoleniom na pozbawione emocji studium wydarzeń [&#8230;] bez roztkliwiania się nad &#8222;czynnikiem ludzkim&#8221;</cite>. Komisja, jak widzicie, potrzebuje suchych faktów, wykresów i statystyk - czyli wszystkiego tego, czego nasz narrator starał się uniknąć, publikując jakoby nagrane przez niego wywiady. Dzięki praktycznie nieograniczonym funduszom miał możliwość poruszania się po całym globie i rozmawiania z każdym, od oficjeli po najzwyklejszych ludzi. W efekcie otrzymujemy zapierającą dech w piersi, przerażającą wizję przyszłości, w której ludzkość zostaje zdziesiątkowana przez wirus Z. Dramat przyjdzie nam oglądać z perspektywy ludzi rozsianych po całym świecie.</p>

<p>Owszem, czasami flaki i urwane kończyny wylewają się ze stron <i>Wojny Zombie</i>. Owszem, nie brakuje tu prawdziwie apokaliptycznych wizji milionów martwaków zalewających - wzorem tsunami - olbrzymie miasta. Wydaje się jednak, że istotą tej książki nie są jednak te, trzeba przyznać -  robiące ogromne wrażenie -  obrazy, ale całkiem co innego: ludzie. A właściwie ich zachowania i emocje w obliczu zagrożenia, tragedii, śmierci. Egoizm, bohaterstwo, strach, panika, zezwierzęcenie, poświęcenie. I tak okazuje się, że kiedy zastąpilibyśmy książkowe zombiaki dowolną inną ogólnoświatową epidemią czy klęską, książka być może straciłaby na plastyczności (ach, te opisy walk z umarlakami!), ale na aktualności spostrzeżeń: wcale.</p> 

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_77/obr_02.jpg" alt="Brzegi książki" />
	  <p>Brzeg książki</p>	
</div>

<p>Na osobny akapit zasługują kwestie czysto techniczne. Trzymam w ręce pięknie wydaną i wyśmienicie przetłumaczoną książkę. Brzegi kartek pokryte są czerwoną farbą drukarską, każdy rozdział rozpoczyna się od klimatycznej ilustracji imitującej kliszę filmową, na której uwieczniono zdjęcia wypalonych budynków, martwych ciał, szpitalnych łóżek etc. <i>Wojna Zombie</i> po prostu wygląda wzorowo. Brawo <a href="http://www.redhorse.pl">Redhorse</a>! Do tego, dzięki wzorowemu tłumaczeniu i solidnej redakcji tekstu, książkę czyta się świetnie. Żeby nie było: tłumaczenie oceniam jedynie pod kątem &#8222;płynności językowej&#8221;, a nie zgodności z oryginałem. Zresztą, o tym drugim każdy może przekonać się sam: na <a href="http://www.randomhouse.com/crown/worldwarz/" title="World War Z official site">oficjalnej, anglojęzycznej stronie internetowej</a> znajdują się podcasty z fragmentami powieści Brooksa. Można sobie porównać.</p> 

<p>To dobre miejsce, żeby nadmienić o kolejnym moim zboczeniu: jeśli książka odrzuca mnie wizualnie, istnieje ogromne prawdopodobieństwo (graniczące z pewnością), że i treść mi się nie spodoba. Od razu nadmienię: ta zasada w drugą stronę nie działa. Pięknie opakowana kupa zawsze będzie tylko kupą :)</p>

<p>Pora na podsumowanie. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, z czym zetknąłem się po przerzuceniu tytułowej strony <i>Wojny Zombie</i>. Zacierałem ręce na myśl o tym, jak to zmieszam z błotem kolejnego amerykańskiego pisarza, któremu wydaje się, że grafomańskie wypociny na oklepany temat przyniosą sławę i pieniądze. To miała być prosta, naiwna historia z lejącą się hektolitrami krwią i urwanymi kończynami w roli głównej. No i nie zapominajmy o klasycznym już wyżeraniu mózgu! Zamiast tego - świetnie napisana i skonstruowana powieść epistolarna (trudne słowo), w której fikcyjne wydarzenia mieszają się z jakże prawdziwymi i ludzkimi reakcjami ludzi na otaczające ich zło. Zło, które przerasta ich wyobrażenia i zaprzecza logice świata.</p> 

<p>Zdecydowanie polecam.</p>

<p>PS. Na podstawie książki wkrótce powstanie <a href="http://www.imdb.com/title/tt0816711/">film</a>. Jakoś nie wyobrażam sobie, że mógłby to być film dobry. Chociaż jeśli dobrze się zastanowić&#8230; Znam tylko jeden film o zombie zasługujący na coś więcej niż nonszalanckie wzruszenie ramionami czy pusty śmiech: <a href="http://28.dni.pozniej.filmweb.pl/">28 dni później</a>. Skoro raz się udało, może i w tym przypadku się uda&#8230; &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Tue, 18 Mar 2008 21:30:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/77/Brooks/Wojna_Zombie</guid>
</item>
<item><title>Tryb bojowy mode on</title>
<link>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/76/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._2</link>
<description><![CDATA[<p><strong><i>"Pan lodowego ogrodu, t. 2"</i></strong> - <strong>Jarosław Grzędowicz</strong>, wyd. Fabryka Słów, 2008 | <strong>fantastyka</strong></p><p><strong>Tam... jest kosmos. Za tym sufitem. I tam, w kosmosie, na dalekiej planecie rośnie sobie Vuko &#039;Nitj&#039;sefni&#039; Drakkainen. Kiedyś niezwyciężony wojownik, jednoosobowy, praktycznie niezniszczalny rescue team. Teraz - drzewo. Ponoć głupca najłatwiej poznać po tym, jak kończy...</strong></p><p>Długo przyszło nam czekać na drugi tom <i>Pana Lodowego Ogrodu</i>. Wreszcie książka się ukazała i okazało się, że - jak u Szymona Majewskiego - końca nie widać. A przecież mówili, że będą dwie części. Obiecywali! Ech...</p>

<div class="ilustracja">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_76/obr_01.jpg" alt="Pan Lodowego Ogrodu tom 2" />
</div>

<p>Przed lekturą drugiego tomu sięgnąłem raz jeszcze po <a src="http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/29/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._1">pierwszy</a>. Chciałem sprawdzić, czy za drugim razem równie łatwo wsiąka się w świat wykreowany przez Grzędowicza. Zapewniam - nie tylko się wsiąka, ale i zapada po uszy. Kompletnie nie przeszkadza fakt, że znamy wszystkie kłody, które autor rzuca pod nogi bohaterom. O klasie tej powieści decyduje klimat, który Grzędowicz stworzył w jakiś niepojęty wręcz sposób.</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_76/obr_02.jpg" alt="Czarownik" />
     <p>Kapłan &copy; J. Marek, Fabryka Słów</p>
</div>

<p>Drugi tom zaskakuje zmianą proporcji. Przez większą cześć książki akcja - w sensie: krew, pot i łzy - zogniskowana jest wokół młodego cesarza, który, jak pewnie pamiętacie, w nadzwyczaj nieprzyjemnych okolicznościach zmuszony był opuścić rodzinny pałac. Zamieniony w drzewo Vuko ma więcej czasu na, powiedzmy, przemyślenia. Ta zmiana proporcji przypomina mi o bardzo ważnej rzeczy: o kapitalnej konstrukcji drugiego tomu. Spójrzcie: jedna z pierwszych, mocno zapadających w pamięć scen z pierwszej części to człowiek zaklęty w drzewo i dramatyczne "kill me" rodem z <i>Obcego</i>. Drugi tom - zaczynamy od człowieka zaklętego w drzewo. Nawet "kill me" się znajdzie. Dalej: ważne spotkanie z Kruczym Cieniem. Teraz zmiana: w pierwszej części śledziliśmy poczynania Vuko, natomiast młodego tohimona raczej poznawaliśmy. Tym razem to Ulf daje się poznać lepiej, natomiast z cesarzem będziemy kryć się i uciekać przed prześladowcami. Pod koniec obu tomów: obaj bohaterowie w środku dynamicznej akcji, pokręcone wizje dziwnych światów (tym razem bardziej geometryczne niż boschowskie, ale równie plastyczne) i zakończenie, w którym jeden z nich wpada w ogromne tarapaty. Dla mnie -  bomba.</p>

<p>Drugi tom <i>Pana Lodowego Ogrodu</i> przynosi kolejne obrazy i sceny, które <cite>dramatycznie odciskają się w naszej pamięci i potem trudno się ich pozbyć</cite> [Ves, Załoga G]. Chyba jeden z najlepszych pomysłów to nowy tryb bojowy Vuko, aktywowany za pomocą jagód z uroczyska. Sposób, w jaki Grzędowicz pisze o eksterminacji Węży zwala z nóg. Myślicie, że autor podąży &#8222;z kamerą&#8221; za bohaterem lub znowu - prawie jak w Doomie -  pooglądamy sobie bryzgającą krew oczyma Ulfa? Nic bardziej mylnego. Grzędowicz zaserwuje nam krótkie, oszczędne migawki, wspomnienia, które od czasu do czasu będą dręczyć bohatera. Migawki doskonale wpisane w równie oszczędny styl, jakim autor posługuje się i w tej części powieści. Przecież znów jakimś magicznym sposobem wystarcza mu ledwie kilka słów, aby zbudować nastrój, opisać otoczenie czy postać.</p>

<div class="ilustracja_r">
     <img src="http://www.czytelnia.siata.info/_files/repository/rec_76/obr_03.jpg" alt="Wędróka" />
     <p>Wędrówka &copy; J. Marek, Fabryka Słów</p>
</div>
 
<p>Cyniczne komentarze Vuko, takie typowo filmowe <i>onelinery</i>, potrafią rozbawić do łez. Podobnie jak dialogi z Cyfral. Fenomenalną sprawą jest fakt, że autor konsekwentnie odmawia bohaterowi łatwych rozwiązań: niby jest Czyniącym, ale nie chce i nie bardzo potrafi korzystać z magii. Oczywiście problem siedzi w jego głowie: racjonalne podejście Vuko do rzeczywistości kompletnie wyklucza wiarę w nadprzyrodzone umiejętności. Mówiąc po ludzku: Vuko w cuda nie wierzy, nawet jeśli właśnie je widzi. Podejrzewam jednak, że już wkrótce nie tylko w nie uwierzy, ale i zacznie czynić - ten proces przecież właśnie się zaczął. Czyżby czekało nas spotkanie z eksterminatorem doskonałym?</p>
 
<p>Druga część <i>Pana Lodowego Ogrodu</i>, na przekór zwykłym w podobnych przypadkach tendencjom, jest równie dobra, jak pierwsza. Niby brakuje tego odurzenia, z którym mieliśmy do czynienia w pierwszym tomie (dziwny, nowy świat, na dobrą sprawę nie wiadomo, co się dookoła bohatera dzieje), niby miejscami akcja wyraźnie zwalnia, a jednak Grzędowicz dalej zachwyca: po równo pomysłami, jak i warsztatem literackim.</p>
 
<p>Sprawa jest prosta. Tych, którzy czytali pierwszy tom, nie ma sensu przekonywać, żeby sięgnęli po kontynuację. Na pewno zrobili to natychmiast, kiedy tylko książka ukazała się na rynku. Dowody są niezbite: już w pierwszym tygodniu sprzedaży <i>Pan Lodowego Ogrodu t.2</i> trafił do pierwszej dziesiątki listy bestsellerów księgarni <a href="http://www.merlin.pl">Merlin.pl</a>. Wygląda na to, że Grzędowicz ma szansę powalczyć o kolejne nagrody literackie i stać się pierwszą osobą, która dwa razy pod rząd zgarnie Zajdla, Sfinksa i Śląkfę - czego życzę mu z całego serca. Moim skromnym zdaniem  jest to obecnie najlepszy polski pisarz fantastyczny. Mam wrażenie, że mógłby go przebić tylko Sapkowski - jeśli, oczywiście, w końcu coś napisze.</p>
 
<p>Podsumowując: świetna kontynuacja wyśmienitej powieści. Jeśli do tej pory, jakimś cudem, lektura <i>Pana Lodowego Ogrodu</i> was ominęła, nadrabiajcie zaległości. Książka Grzędowicza po prostu miażdży i wgniata w ziemię. &#9632;</p>]]></description>
<author>robert@siata.info (Robert Siata)</author>
<category domain="http://www.czytelnia.siata.info/recenzje.php?g=1">Recenzje -> fantastyka</category>
<pubDate>Fri, 08 Feb 2008 13:00:00 GMT</pubDate>
<guid>http://www.czytelnia.siata.info/recenzja.php/76/Grzedowicz/Pan_lodowego_ogrodu,_t._2</guid>
</item>
</channel></rss>