11 maja 2010

„Jestem dziki”

autor: Robert "Bert" Siata | czytano: 3798 razy | komentarze: 2

Moja córka ma zabawkę, której podstawowym zadaniem jest, jak sądzę, doprowadzanie rodziców na skraj załamania nerwowego. Niezniszczalne, plastikowe, ponoć edukacyjne ustrojstwo popiskuje muzyką, recytuje wierszyki i śpiewa piosenki. W kółko te same. Jedna z rzeczonych piosenek opowiada historię mrówek, które maszerują równo, idą i tupią oraz grają na bębenku dziarski mrówek marsz. Zaiste, przyjacielskie stworzonka.

Albo taki motylek. W drewnianych książeczkach mojego dziecka – kolorowa, uśmiechnięta gadzina, wcześniej koniecznie pod postacią uroczej gąsienicy o jakimś sympatycznym imieniu. Gabrysia na ten przykład.

I dalej: żabki, rybki, ptaszki, nawet kwiatuszki… Wszystkie uśmiechnięte i nieszkodliwe.

Gringo wśród dzikich plemion

Są takie miejsca na ziemi, gdzie na widok niewielkiej zielonej żabki ludzie wieją, gdzie pieprz rośnie. Miejsca, w których kilka ugryzień wielkich, dwucentymetrowych mrówek, kończy się odesłaniem pechowca w zaświaty. Fruwają tam piękne motyle, które zabijają w okamgnieniu niewidoczną mgiełką wyjątkowo groźnej trucizny. W przyjaźnie wyglądającej rzece czają się małe rybki, które niepostrzeżenie wślizgują się w ciało… przez jeden z naturalnych otworów… i wyżerają ofiarę od środka. O toksycznych kwiatach nie ma nawet co wspominać…

Witajcie w amazońskiej dżungli.

Tutaj potencjalnym zabójcą jest cały ekosystem. Zabijają nie tylko rośliny i zwierzęta, ale również temperatura i wilgotność. Jeśli jakimś cudem uda się przetrwać w takich warunkach, zawsze można natknąć się na niegościnnych tubylców, nadużywających zatrutych kurarą strzałek. To właśnie wśród takich pięknych okoliczności przyrody poznajemy bohatera powieści, a zarazem jej autora, podróżnika Wojtka Cejrowskiego.

Mogłoby się wydawać, że w takich warunkach słowo podróżnik to synonim innego słowa: samobójca. Jak się jednak wkrótce przekonacie, w tropikalnej puszczy można przetrwać. Właściwie potrzeba tylko dwóch czynników: szalonej determinacji i pomocy Indian. Dzikich. To o nich przede wszystkim opowiada ta wyjątkowa książka.

Po raz pierwszy po książki Cejrowskiego sięgnąłem zauroczony jednym z odcinków programu Boso przez świat, na który natknąłem się w telewizji całkowicie przypadkowo kilka lat temu. Co tu dużo mówić: wessało mnie od pierwszej strony i wypuściło gdzieś w okolicach ostatniej. Ostatniej, wyjaśniam, strony kolejnej jego powieści - Rio Anakonda. Obie książki przeczytałem z zapartym tchem, zaśmiewając się miejscami do rozpuku. Dlaczego więc piszę o tym dopiero teraz? Otóż kolejnym zrządzeniem losu natknąłem się w Sieci na audiobooka, którego ktoś najwyraźniej zrippował ze starych kaset magnetofonowych dla niewidzących, odszumił i ku chwale ojczyzny, najpewniej w czynie społecznym, upublicznił. Nielegalnie, jak sądzę. Nie przeszkodziło mi to wcale delektować się powieścią Cejrowskiego raz jeszcze. Więcej: był to zarazem mój pierwszy w życiu audiobook.

Do tej pory nie wyobrażałem sobie czytania książek w taki sposób – nawet mimo tego, że na półce stoi sobie Narrenturm Sapkowskiego w ponoć doskonałej wersji aktorskiej, z muzyką i efektami dźwiękowymi nie z tej ziemi. Kupione, aby wspierać polską fantastykę i produkcje tego typu, ciągle dziewicze i nieodsłuchane. Tak czy siak: niespecjalnej jakości audioobook pobrany z odmętów Sieci ostatecznie przekonał mnie do takiej formy pożerania książek. Podejrzewam, że niemały w tym udział Rocha Siemianowskiego, który czyta Gringo... – robi to moim zdaniem zupełnie przyzwoicie, ze swadą, z humorem, świetnie oddając ducha książki.

Wszystkich przeciwników piractwa od razu uprzedzam: nie zamierzam wysłuchiwać w komentarzach, jaka to ze mnie żałosna patologia społeczna. Chętnie kupiłbym Gringo... w wersji CD/MP3 audio, jeszcze chętniej - z efektami dźwiękowymi, muzyką, aktorami - ale… niestety jest to niewykonalne. Sami sprawdźcie.

Wróćmy jednak do tematu. Wspomniany audiobook przypomniał mi o obietnicy, którą złożyłem sam sobie podczas pierwszego czytania Gringo.... Recenzja. Miałem napisać recenzję. Jako że dotrzymuję słowa…

Ale tutaj sprawy nieoczekiwanie się komplikują. W międzyczasie książka stała się bestsellerem i od kilku lat nie schodzi z książkowych list przebojów. Opinii na jej temat można znaleźć tysiące – i bodaj żadnej niepochlebnej. Nie ma szans, żebym napisał o Gringo... coś nowego, coś odkrywczego, coś, czego jeszcze nie czytaliście… Nie ma?

O czym to jest, już z grubsza wiecie. Facet łazi po dżungli, zwykle w towarzystwie minimum jednego czerwonoskórego przewodnika, i - jak to się mówi - ma przygody. A to umknie przed stadkiem śmiercionośnych mrówek, a to nie pozwoli motylkowi trzepnąć sobie w twarz toksyną, a to spotka plemię, którego żaden biały nigdy wcześniej na oczy nie widział. Dlaczego więc ta konkretna książka ma być lepsza od całej masy innych książek podróżniczych, jakie pewnie przyszło wam w życiu przeczytać?

Jest kilka takich powodów:

Wojciech Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemion

© W. Cejrowski, www.bibliotekapoznajswiat.pl

  1. Wojtek Cejrowski. Podóżnik, publicysta, pisarz, autor programów radiowych i telewizyjnych. Ogromna charyzma. Niezależnie od tego, czy faceta się lubi, czy nie, czy się go ceni za poglądy, czy nie, tej jednej cechy nie można mu odmówić. Kocham go. Najbardziej za wspaniałe, kolorowe koszule, których mu zazdroszczę.
  2. Fantastyka. W Gringo... dostrzegalna może w mniejszym stopniu, niż w Rio Anakonda, ale stanowiąca nieodłączny element powieści Cejrowskiego. Facet bez cienia wahania i jakichkolwiek wątpliwości opisuje magię, czytanie w umyśle, jako nieodłączną, realną, namacalną część świata Indian. Do tego w niebywale interesujący sposób pokazuje, jak w zgodzie z własną religią (Cejrowski mocno akcentuje swoją „katolickość”) pogodzić się z istnieniem takich fantastycznych zjawisk.
  3. Pratchettopodobność. Nietrudno odnaleźć w powieści fragmenty, czasem nawet podkreślane przez samego autora, w których jasnym jest, że Cejrowski Pratchetta czyta i lubi. Książce wychodzi to tylko na dobre: jest przesycona specyficznym humorem. Konstrukcja niektórych scen jako żywo przypomina literackie tricki, które stosuje Pratchett w swoim Świecie Dysku. Nie brakuje również rozbudowanych, humorystycznych przypisów, które są nieodłączną częścią powieści Terry’ego Pratchetta.
  4. Dbałość o warstwę literacką. Obie książki napisane są piękną polszczyzną. Czuć, że autor to oczytany humanista.
  5. Opowieści w opowieściach. Cejrowski ma do opowiedzenia tyle ciekawych rzeczy, że co i rusz główny wątek fabularny powieści przetykany jest innymi opowieściami, a te z kolei – dodatkowymi wyjaśnieniami czy kolejną anegdotą. W efekcie Gringo... staje się właściwie zbiorem krótszych i dłuższych historii z różnych miejsc środkowej i południowej Ameryki. Co ciekawe, nie sprawia to wrażenia totalnego chaosu.
  6. Fotografie. Wojtek Cejrowski wszędzie włóczy się z lustrzanką przerzuconą przez ramię. Efekty można podziwiać w książce.
  7. Przesłanie. Gringo... to książka mądra, opowiadająca o świecie, w którym pieniądze nie mają żadnej wartości. To książka pełna spostrzeżeń na temat kondycji moralnej współczesnego człowieka. To książka, której bogactwo objawia się właśnie w zestawieniu dwóch odmiennych kultur – i wniosku, który z tego płynie.
    Prawdziwi dzicy to my, nie oni.

Co tu dużo mówić: Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anakonda to najciekawsze i najlepiej napisane współczesne powieści przyrodniczo-przygodowe. Pięknie wydane tomiszcza pochłania się z zapartym tchem, na końcu z niedowierzaniem pytając: „To już? Już koniec?”.

Polecam gorąco. Cejrowski wgniata w ziemię. I miażdży. ■

~ do góry ~

KOMENTARZE

1. 02.03.2011, 20:58:05 dawid napisał:

Co do książek Cejrowskiego to niestety muszę się z Tobą zgodzić - można nie lubić autora ze względu na poglądy, ale książki czyta się rewelacyjnie. Czekam na kolejne...
Fragment o przekraczaniu granicy na książeczkę zdrowia doprowadził mnie do łez;)

Pozdrawiam

2. 18.03.2011, 21:49:15 bert napisał:

Ostatnio w księgarniach pojawiło się drugie wydanie "Podróżnika WC", w którym "hardcorowe" poglądy autora niestety czasami wyłażą niespodzianie na wierzch i troszkę psują lekturę. Nie dyskredytuje to jednak książki, która zła wcale nie jest - chociaż z pewnością nie jest to dzieło na miarę "Gringo" czy "Rio Anakonda".

Pozdrawiam :)

Dodaj swój komentarz

Twoje dane

Twój komentarz

Zabezpiecznie: wpisz za pomocą cyfr...

~ do góry ~