13 kwietnia 2010

„Zemsta zza grobu”

autor: Robert "Bert" Siata | czytano: 5921 razy | komentarze: 0

Lead recenzji to zwykle doskonałe miejsce na zajawkę fabularną. No, przynajmniej u mnie. Lubię znienacka zaatakować czytelnika potworem, ochlapać krwią czy innym płynem ustrojowym. Istnieje spora szansa, że otumaniony początkiem dobrnie do końca tekstu. Nie oszukujmy się: piszę ku uciesze gawiedzi, mocny cios w potylicę i szybki nokaut słowem pisanym nie zaszkodzi. Więcej nawet: potrafi sprawić cuda. Serio, serio.

Dlatego w chwilach takich jak ta, jest mi trochę nieswojo. Jak sensownie nakreślić fabułę powieści, którą od biedy dałoby się zamknąć w dwóch zdaniach? Napisałem: dwóch? Przy odrobinie wysiłku umysłowego ograniczyłbym się nawet do jednego zdania, które mogłoby się rozpocząć na ten przykład tak: „Niecnie zdradzony i podstępnie otruty rewolwerowiec…”

Upiór południa. Pamięć Umarłych.

Logicznie rzecz ujmując, autorka musiała doskonale zdawać sobie sprawę z powyższego faktu. Zapewne jestem paskudny i nieco upraszczam sprawę (w podobny sposób sporo powieści udałoby się streścić w jednym zdaniu), ale robię to nie bez powodu. Bo skoro główny wątek fabularny jest prosty jak konstrukcja cepa, to pewnie chodzi o co innego. Dokładnie. Dokładnie tak, jak poprzednio.

* * *

Gorące powietrze sennie falowało nad rozgrzaną pustynią. Joseph Barlow, szeryf niewielkiego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, kołysał się leniwie w siodle. Miał dosyć. Od dawna miał wszystkiego dosyć. W chwilach takich jak ta, nie był w stanie przypomnieć sobie niczego, co nadawałoby sens jego istnieniu. Aaa, tak. Umierająca córka. Nie mógł przecież zostawić jej samej.

Trup, którego przypadkowo znaleźli jego chłopcy, tylko nieznacznie zakłócał senną atmosferę popołudnia. Ewidentnie rewolwerowiec. Dziwne, raczej nie został zastrzelony. Pewnie zabiła go pustynia. Koniec śledztwa. Przykryć kamieniami, wracamy do domu. Do córki.

Skąd mógł wiedzieć, że ten prowizoryczny pogrzeb na zawsze odmieni jego życie?

* * *

Orisza

© D. Broniek, Fabryka Słów

Musicie uwierzyć mi na słowo, że nawet mimo takiego początku główny wątek fabularny – tak, ten sam, w którym bryzga krew i walają się zmasakrowane zwłoki – da się zamknąć w jednym zdaniu. Szkoda, bo to poważna wada tej powieści. Jest jeszcze jedna: drętwe kwestie wypowiadane przez pomocników szeryfa. Z założenia są to ludzie prości – takie typowe wsiowe przygłupy – jednak moim zdaniem autorka przesadziła ze stylizacją. W efekcie ich kwestie brzmią sztucznie i miejscami żenująco.

Po lekturze pierwszej części cyklu mogliście spodziewać się kolejnej porcji makabry, okraszonej fenomenalnym klimatem i niezgorszym warsztatem literackim. Nie pomyliliście się. Jest gorąco, duszno, lepko, leniwie, choć wcale nie nudno. Autorka sprzedaje nam miks fantastyki, westernu i… gore co się zowie. Ciężka, przytłaczająca atmosfera kompletnej rezygnacji, otaczająca szeryfa, robi spore wrażenie. To nie jest stróż prawa rodem z klasycznych westernów – wiecie: prawy, nieugięty, twardy, szlachetny, cechujący się niebywała sprawnością fizyczną i ponadnaturalną wręcz precyzją w używaniu kolta. Jeśli już miałbym go do kogoś porównać, byłby to z pewnością Clint Eastwood z Unforgiven. Joseph Barlow to typ wielowymiarowy, zrezygnowany, zdruzgotany przez tragedię, z którą nie jest w stanie sobie poradzić, bo przecież choroby nie da się zastrzelić albo wsadzić za kraty. A jednak, w obliczu niewyobrażalnej grozy, potrafiący wziąć się w garść i…

Pamięć Umarłych koncentruje się wokół mistrzowsko nakreślonej postaci szeryfa, co odbija się – z konieczności pewnie, bo powieść jest krótka – na pozostałych bohaterach. Żaden z nich nie dorównuje kreacji Barlowa, są raczej jednowymiarowi, z gruntu źli (ci, jak się domyślacie, nie dożyją końca powieści), dobrzy, głupi, albo służą jako tło. Żaden z nich nie ma prawa zagościć w pamięci czytelnika na dłużej.

Kossakowska po raz drugi oddaje w ręce czytelnika rewelacyjnie napisaną i klimatyczną powieść, której warstwa literacka nie dorównuje fabule. Muszę jednak uczciwie przyznać, że historia podobała mi się znacznie bardziej, niż w przypadku Czerni. Nie mam wątpliwości, że to zasługa Barlowa – bo przecież nie cukierkowego zakończenia. Podkreślić należy natomiast jeszcze jeden fakt: ta powieść napisana jest INACZEJ niż pierwsza część cyklu. Autorka zrezygnowała z surowej, reporterskiej wręcz narracji pierwszoosobowej na rzecz klasycznej trzecioosobowej, zdynamizowanej użyciem czasu teraźniejszego. Próżno też szukać tutaj sekwencji krótkich równoważników zdań, tak częstych w Czerni. Zamiast tego długie, nierzadko wielokrotnie złożone zdania, często długości akapitu, świetnie oddające atmosferę i tempo akcji. Ogromne brawa!

Odkładam książkę na półkę i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zarówno Czerń jak i Pamięć Umarłych to specyficzny eksperyment literacki Kossakowskiej. Sprawdzian umiejętności. Wprawka w pisaniu. Być może również papierek lakmusowy na czytelników: zobaczymy, czego dranie najbardziej po mnie oczekują? Warsztatu? Magii? Egzotycznej mitologii? Historii? Pani Maju: wszystkiego na raz. Najlepiej zmiksowanego i podanego tak, żeby zapierało dech w piersiach.

Pozostaje mieć nadzieję, że autorka faktycznie szlifowała warsztat przed kolejnymi książkami. Życzyłbym sobie, wam i Autorce, aby były one o niebo lepsze od cyklu Upiór Południa.

PS. Ilustracje Dominika Brońka dalej epatują dosłownością. Na szczęście tutaj jest ich zdecydowanie mniej. ■

~ do góry ~

Dodaj swój komentarz

Twoje dane

Twój komentarz

Zabezpiecznie: wpisz za pomocą cyfr...

~ do góry ~