16 września 2008

„Robimy rewolucję”

autor: Robert "Bert" Siata | czytano: 2756 razy | komentarze: 0

Paul Proteus wiódł spokojny, kierowniczy żywot na lepszym brzegu rzeki Irokez. I byłoby tak pewnie do końca dni jego na ziemskim padole, gdyby miał klapy na oczach, mózg znieczulony dobrobytem, parcie na władzę i potrzeby ograniczające się do konsumpcji. Nie miał. I właśnie dlatego, między innymi, musiało stać się to, co się stało.

Świat po globalnej wojnie nigdy nie jest tym samym miejscem, którym był przed jej wybuchem. Ma na to wpływ szereg czynników, wśród których istotną rolę odgrywa odpowiedź na pytanie: jak zapobiec tragedii w przyszłości? Przodkowie bohaterów powieści Vonneguta znaleźli i na to sposób: ludzie są ułomni, a skoro tak - niech decydują komputery. Najlepiej te same, które wykorzystywaliśmy w czasie wojny. I tak otrzymując fakty od ludzi, zrodzona podczas wojny seria komputerów EPICAC dostarczała mądrego kierownictwa, jakiego rozsądny, miłujący prawdę, błyskotliwy i wysoce wykształcony kwiat amerykańskiego geniuszu mógłby dostarczać, gdyby miał natchnionych przywódców, nieograniczone środki i dwa tysiące lat do dyspozycji.

Pianola

Miasto Ilium w stanie Nowy Jork, USA, mogłoby posłużyć za wzór nowego ogólnoświatowego ładu i porządku. Podzielono je na trzy części:

  • w części północno-zachodniej mieszkają dyrektorzy (wśród nich wspomniany we wstępie Proteus), inżynierowie, urzędnicy;
  • część północno - wschodnia należy do maszyn;
  • zachód, czyli wszystko to, co leży za brzegiem rzeki Irokez, dzielącej miasto na pół, to siedziba tzw. knotów - pozostałej części ludzkości.

Podstawowym zadaniem olbrzymich kompleksów maszyn jest produkcja tego wszystkiego, co niezbędne ludziom do życia - żywności, ubrań, mieszkań oraz tysięcy innych maszyn, które mają wyręczać człowieka we wszelkich czynnościach. W teorii syci, zadowoleni z życia, wyposażeni we wszystkie możliwe wygody i uwolnieni od pracy ludzie będą szczęśliwi. Skoro będą szczęśliwi, nie będą myśleli o wojnach i konfliktach.

Nowy wspaniały świat.

Oczywiście do programowania, konserwacji i naprawiania maszyn potrzebni są ludzie. Maszyny same dbają o to, żeby byli to ludzie właściwi. Elita społeczeństwa - inżynierowie, specjaliści o ponadprzeciętnym IQ - wybierani są przez komputery według testów oceniających między innymi wiedzę i inteligencję. W tym świecie tylko wybrańcy wykonują pracę niezbędną do funkcjonowania społeczeństwa. A reszta?

Odrzucona przez komputery reszta zasila szeregi wojska lub wspomnianych wcześniej knotów, mieszkańców Zarzecza. To ludzie, którzy... po prostu sobie żyją. Od czasu do czasu wykonują co prawda jakieś podstawowe, proste prace lub pracę, której maszyny - jeszcze! - nie potrafią wykonywać. Całymi dniami oglądają telewizję, siedzą w barach, łażą bez celu po ulicach. System twierdzi, że są szczęśliwi. Faktycznie?

Wybrańcy systemu i odrzuceni. Diametralnie inni. Nikt z kierowników i inżynierów nie ma potrzeby przekraczać mostu na rzece, nikt nie czuje potrzeby kontaktu z knotami. Z kolei knotom nie wolno - oficjalnie: ze względu na bezpieczeństwo maszyn - przechodzić do północnych części miasta. I tak obok siebie egzystują dwa odrębne gatunki ludzi, które z roku na rok wiedzą o sobie coraz mniej.

Jak myślicie, która grupa jest bardziej szczęśliwa? Kierownicy, którzy zarabiają krocie i ciągle pracują ku chwale nowego porządku społecznego czy może niepracujące knoty, którym zapewniana jest godziwa egzystencja?

I tak to się kręci. Do czasu, oczywiście, bo stopniowo między obydwoma grupami społecznymi narasta konflikt. Inżynierowie zazdroszczą prostym ludziom wolności i niezależności, knoty zazdroszczą... pracy. I tak oto zrodziła się rewolucja, której jednym z bohaterów stał się Paul Proteus.

Po to, żeby mieć, co mamy, pozbawiliśmy tych ludzi rzeczy najważniejszej dla nich w świecie … uczucia, że są potrzebni i przydatni, podstaw szacunku dla samego siebie. (…) Kiedyś taki ciemniak mógł robić najrozmaitsze głupoty, żeby się wyróżnić, ale maszyny to załatwiły. Wie pan, mógł sobie popłynąć na morze jakimś wielkim kliprem czy kutrem rybackim i stać się bohaterem podczas burzy. Albo być pionierem, pojechać na Zachód i prowadzić osadników, wyznaczać szlaki, przepędzać Indian i tak dalej. Mógł być kowbojem albo robić różne niebezpieczne rzeczy i dalej być tępym ciemniakiem…
… A teraz wszystkie niebezpieczne rzeczy przejęły maszyny, a wszystkich ciemniaków zapakowano do prefabrykowanych domków jak z klocków albo do koszar, więc siedzą chłopaki i czekają, że może gdzieś wybuchnie jakiś wielki pożar i może wbiegną na oczach wszystkich do płonącego budynku i wybiegną z uratowanym dzieckiem na rękach (…)
… O, maszyny poprawiły chyba wiele spraw. Byłbym głupi, gdybym mówił, że nie poprawiły, choć wielu właśnie tak twierdzi, a ja dobrze wiem, o co im chodzi. Bo rzeczywiście wygląda na to, że maszyny zabrały wszystkie dobre zajęcia, które pozwalają być uczciwym wobec siebie i nie oszukiwać innych, a zostawiły ludziom same bzdurne… [podkreślenia własne]

Kurt Vonnegut to postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Wybitny współczesny pisarz amerykański w swojej debiutanckiej powieści sf wydanej w 1952 roku sprzedaje nam wizję zautomatyzowanego społeczeństwa, w którym nikt nie jest szczęśliwy. Bo i szczęśliwy być nie może, kiedy jego rolę przejęły maszyny, wykonujące jego pracę taniej, lepiej, szybciej, bezbłędnie – ale jednocześnie negujące sens jego istnienia. Czyżby to właśnie praca była tym elementem, który jak żaden inny nadaje sens ludzkiej egzystencji? Czyżby praca dawała godność?

Mało, że zautomatyzowane - to antyutopijne społeczeństwo kierowane jest przez garstkę ludzi i maszyny, które na podstawie dziwnych i nieodwołalnych testów klasyfikują przynależność osobnika i jego pracę. Jeśli maszyna zdecyduje, że masz być policjantem - będziesz policjantem, jeśli pisarzem - będziesz pisarzem. Wszystko podporządkowane jest idei „trwałej stabilności gospodarki i społeczeństwa”. Idzie za tym również cenzura, której oczywiście oficjalnie nie ma. Ale spróbuj tylko mieć inne poglądy na świat, niż koledzy kierownicy! Zresztą, jedno spojrzenie na zakres obowiązków urzędnika biura prasowego (W-225): zawód ten specjalizuje się w kultywacji za pomocą psychologii stosowanej w środkach masowego przekazu… Kultywacji przychylnej opinii publicznej w odniesieniu do kontrowersyjnych zagadnień oraz instytucji, nie urażając przy tym żadnych wysoko postawionych osób i mając na względzie trwałą stabilność gospodarki i społeczeństwa. Orwell się kłania...

W trosce o ewentualnego czytelnika nie zdradzę nic więcej na temat fabuły (wiem, tym razem i tak zdradziłem całkiem sporo). Nie widzę jednak powodu, dla którego miałbym nie pochwalić autora zarówno za pomysł na książkę, jak i charakterystyczny, vonnegutowski sposób pisania. Sporo tu ironii, humoru (czasem czarnego), sporo krótkich scen, które są klasą samą w sobie. Nie brakuje też wyrazistych, świetnie skonstruowanych postaci. Wspomnę tylko o drugim bohaterze Pianoli, czyli Szachu Bratpuhru, przywódcy duchowym sześciomilionowej sekty Kolhouri, człowieku zasuszonym, mądrym i ciemnym jak kakao. To właśnie głównie dzięki jego wizycie w USA poznamy dziwne zasady panujące w tym państwie, które dla autochtona Proteusa są codziennością.

Panola, pachnąca fantastyką socjologiczną i powojenną Ameryką, to wyjątkowa i intrygująca powieść, daleka od współczesnej fantastyki rozrywkowej. Po pierwsze: nie znajdziecie tutaj szybkiej akcji, wybuchów i krwii – zamiast tego sporo rozważań i garść cytatów, które spokojnie nadają się na złote myśli. Po drugie: to nie jest powieść o niczym. Po trzecie: ciężar poruszanych problemów i tematyka powodują, że jest to książka dla wymagającego czytelnika, oczekującego od powieści tego mitycznego „czegoś więcej”. Krótko mówiąc, jest to powieść, która wymaga czasu, uwagi i otwartego umysłu, żeby się nią delektować.

I tak dalej. ■

~ do góry ~

Dodaj swój komentarz

Twoje dane

Twój komentarz

Zabezpiecznie: wpisz za pomocą cyfr...

~ do góry ~