26 stycznia 2008
„Czy Jezus lubi gry komputerowe?”
W niewielkiej mieścinie na Śląsku budzi się nowy dzień. Jest listopad, szron okrywa ziemię, z kominów snuje się dym. Młody wikary w parafialnym kościółku odprawia Mszę Świętą, na którą, jak co rano, przychodzi garstka parafian. Jeszcze nie wie, że to właśnie dzisiaj czeka go spotkanie, które radykalnie i bezpowrotnie odmieni jego życie.
Nie dajcie się zwieść pozorom: fakt opublikowania książki w serii fantastycznej wcale nie oznacza, że dana książka to fantastyka sensu stricte. Powieść Szczepana Twardocha nie ma nic wspólnego z fantastyką - chyba że za wspólny mianownik posłuży spotkanie z istotami nadprzyrodzonymi. Epifania… opowiadają przecież historię zwyczajnych ludzi w zwyczajnej, górniczej mieścinie, którym ni z tego, ni z owego przydarzył się cud. Najprawdziwszy.
Bardzo rzadko natrafiam na teksty, które potrafią opowiadać o wierze bez specjalnego moralizatorstwa. Ta książka robi to tak, że dech zapiera z wrażenia. Twardoch napisał powieść, w której z prawdziwą wirtuozerią połączył chrześcijaństwo z górniczym folklorem i wierzeniami. Gdyby dobrze się zastanowić, można odnieść wrażenie, że Epifania… w całości zbudowane są na zasadzie takich pozornie niepasujących zestawień: współczesny, wykształcony człowiek - Ślązacy z tradycjami, język polski - gwara śląska, świat realny - świat duchowy, wiara księży - wiara ludowa etc. itd. Najważniejsze: w efekcie powstała powieść, od której kompletnie nie można się oderwać. To zasługa nie tylko tematu, który poruszył autor, ale również kapitalnego warsztatu literackiego, jakim się posługuje. Powieść jest krótka - z konieczności nie ma w niej czasu na rozległe opisy, nużące wywody. Zamiast tego - fenomenalnie skonstruowane obrazy, sceny, które na długo zapadają w pamięć. I bohaterowie - wikary Trzaska, proboszcz Zieliński, dziennikarka Kiejdus, Teofil - żywi i wielowymiarowi. Oraz klimat, którego szukam, kiedy sięgam po książki i którego zwykle nie znajduję.
Ale o czym to jest? - zapytacie. Tytuł zdradza całkiem sporo: o objawieniu. Nie zdradza natomiast, że to opowieść o pysze. O prawdziwej wierze. O poszukiwaniu sensu życia. O dobrych ludziach. Nie zabrakło tu też elementów typowo sensacyjnych czy dramatycznych. Niestety, nie mogę napisać nic więcej. Nie chcę odbierać wam przyjemności płynącej z lektury.
Epifania… z pewnością nie są książką pozbawioną błędów. Przyznaję: nie wiem, czy te błędy faktycznie tam są. Lektura przyjemnie wciąga powodując, że zapomina się o całym bożym świecie. Bo to po prostu świetna powieść, którą należy przeczytać. Po prostu.
Gnajcie do księgarń. Jeszcze mi za to podziękujecie. ■

