15 września 2003
„Co to? To TO!”
Miasto było nawiedzone. Bez dwóch zdań. Coś groźnego czaiło się w powietrzu. Coś obserwowało. Na domiar złego powietrze wyraźnie śmierdziało - wiatr wiał znad Barrens, kanałów, rzeki i wysypiska śmieci. Siedziałem na werandzie hotelu przy Main Street, starając się ignorować wszechobecny w tym miejscu zapach (zapach! Dobre sobie!) zbutwiałych liści, wylewających się do Kenduskeag ścieków i odpadków gnijących na wysypisku. Zapach śmierci i rozkładu. Zbliżał się wieczór. Bałem się coraz bardziej.
Pozwólcie, że bohaterkę niniejszej recenzji przedstawię odrobinkę nietypowo. To przyciąga uwagę już od pierwszego spojrzenia. Normalnie, gdy piszę coś podobnego o książce, mam na myśli okładkę. Nie tym razem jednak, chociaż tej konkretnej okładce nic nie można zarzucić. Mnie bowiem chodzi o grubość. Wierzcie mi, zmierzyłem: całe pięć i pół centymetra. Bip-bip.
Więc tak: najpierw przyciąga uwagę, a następnie zwala z nóg. Normalnie, gdy piszę coś podobnego o książce, mam na myśli fabułę. Nie tym razem jednak, chociaż tej konkretnej historii nic nie mogę zarzucić. Mnie bowiem chodzi o cenę. Wierzcie mi, zapłaciłem: blisko pół bańki. Bip-bip.
Zdaję sobie sprawę, że wspominane dwa fakty wyeliminowały jakąś połowę potencjalnych czytelników. Powody są oczywiste: jednych odstraszy 1216 (słownie: tysiąc dwieście szesnaście) stron powieści, drugich 49 złociszy, które być może udałoby się wydać znacznie przyjemniej (czemu pomyślałem o kilkunastu butelkach, oczywiście bezalkoholowego ;), piwa?). Pytanie zasadnicze brzmi: czy warto wydać pół bańki i poświęcić cenny czas na przeczytanie Tego? Odpowiedź jest prosta: warto.
Autorem książki - bohaterki dzisiejszych rozważań - jest Stephen King. Czy jest ktoś, kto nie zna tego nazwiska? Nie widzę? Mistrz horroru, podobno obecnie najpopularniejszy pisarz na świecie (ale czyż nie to samo mówi się o pani Rowling?), autor sporej sterty powieści, z których każda to bestseller i potencjalny scenariusz filmowy. Wystarczy, że wspomnę jedynie o kilku płodach jego zaiste genialnego umysłu, które powinny być wam nieobce: Miasteczko Salem, Missery, Lśnienie, Zielona Mila, Bastion (nota bene o równie słusznej objętości około tysiąca trzystu stron), Smętarz dla zwierzaków. Podobnie jak wyżej wymienione, To należy do ścisłego kanonu powieści Kinga, które zadecydowały o popularności amerykańskiego pisarza i uczyniły go królem horroru.
I tym razem King udowadnia, że co, jak co, ale pisać to on potrafi. Przenosimy się oto do niewielkiego, sennego i typowego miasteczka w Stanach, w którym każdy zna każdego, w którym ludzie nie zamykają domów i w którym życie toczy się aż nadto leniwie i schematycznie. W takim to miasteczku w niezwykłych okolicznościach ginie mały chłopiec. I nagle okazuje się, że miasteczko nie jest ani typowe, ani nie są stereotypowi jego mieszkańcy.
Za dnia obserwowałem mieszkańców. Włóczyłem się po mieście i spoglądałem im w oczy. Wydawało się, że nikt nie czuje tego, co ja. Szarzy, jednakowi ludzie, pozdrawiający się od czasu do czasu, uśmiechający się i zatrzymujący na pogawędki. Brak jakichkolwiek niepokojących objawów. Pozornie normalne, senne, niewielkie miasteczko, jakich w Stanach wiele. A jednak z Derry, w stanie Maine, coś było nie tak. Z miastem - albo ze mną.
Śmierć małego George'a Denbrougha otwiera serię tajemniczych zabójstw i zaginięć w Derry. Ofiary giną w makabryczny sposób, tylko nieliczne, brutalnie okaleczone ciała są odnajdywane. Tajemniczy zabójca morduje głównie dzieci. Policja jest bezsilna: zamyka niewinnych podejrzanych, gubi się w irracjonalnych poszlakach, na domiar złego zeznania świadków zdarzeń to czysta fantastyka. Wygląda na to, że nikt nie jest w stanie wskazać prawdziwego zabójcy.
Przed szansą rozwiązania zagadki staje pozornie zupełnie niedobrana grupa dzieciaków: Bill jąkała, grubas Ben, astmatyk Eddie, czarny Mike (sam kolor skóry wystarcza, aby w ówczesnej Ameryce był odmieńcem), okularnik Richie, strachliwy Stan i dziewczyna - Beverly. Poza kłopotami z kolegami - bandą zdegenerowanych, ewidentnie bezmózgich nastolatków - łączy ich coś jeszcze: zobaczyli coś strasznego i udało im się ujść z życiem.
Powieść rozgrywa się równolegle w dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza z nich to lata sześćdziesiąte minionego niedawno wieku, kiedy to poznajemy bohaterów opowieści oraz miasteczko Derry i jego mieszkańców. Druga płaszczyzna przenosi nas dwadzieścia lat w przód. Bohaterowie, już jako dorośli, spotykają się, aby ponownie stawić czoła złu, które zalęgło się w mieście. Obydwie główne płaszczyzny czasowe powieści przenikają się wzajemnie, uzupełniają, opowiadane są równolegle, a ponadto - jakby tego było mało - doprawiane są od czasu do czasu tajemniczymi historiami z bliższej lub dalszej przeszłości miasteczka.
Generalnie nie cierpię cyrku. Może dlatego ten cholerny clown, który machał do mnie wczoraj na ulicy tak mnie przestraszył. Głupie, nie? Stary pryk boi się clowna! Wyglądał klasycznie: typowe wdzianko, wielkie pomarańczowe pompony, biała twarz i ten paskudny uśmiech od ucha do ucha. Właśnie. Uśmiech. To ten uśmiech wyraźnie mi się nie podobał. Uśmiech i upiorne oczy. No i oczywiście te jego balony. Wicie, wiał silny wiatr. Hmmm... jakby to... te balony nie unosiły się po prostu w powietrzu, one się w nim pławiły. Widziałem to wyraźnie, więc zdaje się, że zwariowałem: one płynęły pod wiatr. W moim kierunku. Widziałem to równie wyraźnie, jak napis, który widniał na jednym z nich, na tym krwawoczerwonym: ZGINIESZ! POZDROWIENIA OD CLOWNA PENNYWISE'A.
Opowieść, którą przedstawia King, wgniata w fotel nie tylko siłą samej fabuły (nie! Nic więcej wam nie powiem!), ale - a może: przede wszystkim - drobiazgowością, z jaką autor przedstawił Derry i jego mieszkańców. King z przyprawiającą o zawrót głowy dokładnością zadbał, abyśmy poznali każdą z postaci pierwszo- i drugoplanowych. Tak więc niejako mimochodem dowiemy się, kto z kim i dlaczego, poznamy rodziny pogromców zła i problemy, z którymi się borykają. Podejrzewam również, że na podstawie opisu miasta śmiało można stworzyć jego szczegółową mapę. Troska autora o przedstawienie pozornie nieistotnych faktów z życiorysu bohaterów jest naprawdę imponująca.
Nudne? Zapewniam, że nie. Wszelkie konieczne opisy i wyjaśnienia wplecione w opowieść mają na celu uwiarygodnienie postaci. I rzeczywiście tak się dzieje: Bill i jego drużyna po prostu żyją. Więcej - zaryzykuję stwierdzenie, że siła tej książki i jej genialność są wprost proporcjonalne do tego pozornie nieistotnego wkładu. Bo przecież historię, którą proponuje nam King bez większego trudu dałoby się streścić na paru stronach. Zresztą, najwyraźniej zdaje sobie sprawę z tego sam autor, niejednokrotnie uprzedzając fakty i z nonszalancją informuje nas, że ten sam konkretny klient, który właśnie radośnie biegnie główną ulicą Derry, zginie parędziesiąt kartek dalej. Sam finał pierwszej opowieści, tej dziejącej się w latach sześćdziesiątych, znany jest praktycznie od samego początku, co nie przeszkadza autorowi opowiadać przez następne pół książki. Już sam ten fakt świadczy o geniuszu Kinga, który zdaje się mówić: co z tego, że wiecie, jak to się skończy. Ja wiem, że wy chcecie wiedzieć, CZEMU kończy się tak, a nie inaczej i JAK do tego dojdzie. A odpowiadając na tak postawione pytania autor kieruje się żelazną konsekwencją: bohaterowie działają zgodnie z profilem psychologicznym i doświadczeniem życiowym, które tak szczegółowo kreśli King. Dodatkowo, wplecione w główny wątek dygresje i retrospekcje nie tylko uwiarygodniają historię, ale pozwalają delektować się nie jedną fabułą, ale kilkoma (kilkunastoma) historiami przemyconymi w jednej.
Przyznajcie sami: dzieło typu przyszli, zobaczyli, zwyciężyli (albo i nie) można porównać do byle jak podanej potrawy bez przypraw: zjeść się da i nawet głodni nie będziemy, ale breja była generalnie nijaka i raczej nie zapamiętamy, że jedliśmy coś dobrego. Po co to wszystko piszę? Ano po to, aby odeprzeć ewentualne zarzuty o zbytnią rozwlekłość kierowane pod adresem pisarza. To naprawdę ma sens, jeśli po pióro sięga geniusz pokroju Kinga. Nota bene, Kinga i Koontza zawsze uważałem za pisarzy, którzy mogliby pisać o byle czym, a i tak efekt ich pracy czytałoby się z zapartym tchem.
Kim w ogóle jest ten clown? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że to był sen. W najlepszym razie wszystko mi się przewidziało. Tym bardziej, że więcej go nie widziałem. Zrozumcie, ten clown był przerażający! Mimo to... mimo to w jakiś tajemniczy sposób pasował do tego miejsca. Jakby był ucieleśnieniem tej grozy, którą odczuwałem w całym Derry. Modlę się, żeby to był sen! W żaden jednak sposób nie mogę zignorować tego, co zobaczyłem w pokoju hotelowym. I na parkingu. I jeszcze w restauracji. Wszędzie to samo: upiorny balonik ordynarnie pławiący się w powietrzu. Tak, ten z pozdrowieniami i obietnicą śmierci. Najgorsze zaś jest to, że tylko ja go widzę. Najwyraźniej zwariowałem.
Sposób, w jaki opowiedziana jest historia, adekwatny jest do objętości książki. Ta książka wręcz została stworzona z myślą o czytających ją w taki sposób, w jaki robiłem to ja. Spokojnie, już tłumaczę. Człowiek pracujący (znaczy się, konkretnie i bez zbytniej skromności: ja) to człowiek mocno zajęty. Nie ma zbytnio czasu na sięgnięcie po książkę, a już na pewno nie ma czasu, aby ponad tysiącstronicowe tomiszcze pokonać w jeden / dwa dni. Siłą rzeczy czytałem To około pół miesiąca. I co? I mówię wam szczerze: nie ma możliwości zapomnieć, kto jest kim, po co ten cały Eddie leciał do tego gościa w aptece albo czemu Silver zasuwa z takim hałasem. King po prostu o to zadbał. Sami zobaczycie, jak.
Miłośnicy X-tej muzy z pewnością skojarzyli, że na podstawie To powstał film o identycznym tytule. Film, który ogląda się z przyjemnością, ale zarazem taki, który mocno spłyca książkę. Na tym konkretnym przykładzie widać to wyjątkowo wyraźnie i myślę, że tym razem odpowiedź na odwieczne pytanie: co lepsze: książka czy film? jest wyraźnie jednoznaczna i oczywista. A więc głośno i wyraźnie: książka bezsprzecznie bije film na głowę.
Pozytywnie zaskoczyła mnie solidność, z jaką To wydano. Pomimo miękkiej oprawy i klejenia książka nie rozpadła mi się w rękach w czasie czytania. Do tłumaczenia i redakcji tekstu nie ma się co przyczepiać, pomimo paru (można policzyć na palcach jednej ręki) literówek. Generalnie, solidna robota Zysku.
Podsumowując: świetna książka uznanego autora, dzieło zaliczane do ścisłego kanonu horroru, "must-read" dla każdego wielbiciela fantastyki i nie tylko. Gwarantowana podróż do Ameryki lat sześćdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Niesamowita historia grozy z elementami science-fiction. A jeśli mimo wszystko książka wam się nie spodoba, zawsze możecie użyć jej do obrony własnej (ciężka jest), ewentualnie do ozdoby biblioteczki.
Zbliża się noc. Boję się. Balony pojawiają się znikąd i pławią się w powietrzu. Umywalka w pokoju wypluwa niezidentyfikowaną ciemną ciecz. Boję się podejść, bo mogłoby się okazać, że to krew. Coś nadciąga. Czuję to.
PS. Wstawki fabularne nie są cytatami z książki, natomiast wszelkie podobieństwo jest bezsprzecznie i niezaprzeczalnie zamierzone. ■
1. 22.07.2008, 11:05:35 mary_jane93 napisał:
książka jest świetna! z resztą - jak wszystkie Stephen'a King'a. pełna napięcia, naglych zwrotow akcji. naprawde polecam;]
2. 19.01.2009, 19:24:43 ewa napisał:
Książka doba, trzyma w napięciu, ale zakończenie rozczarowuje....
UWAGA!!! SPOILERY!!!
Kosmiczny pająk? Trochę to bez sensu, nie ma motywacji zabijania, logiki w tym żadnej. Sama akcja niczego sobie, wciąga, ale końcówka? I kilka niedomówień - najpierw wspomnienie o tym, że grupa będzie poszukiwana pod zarzutem morderstwa, a potem wszyscy spokojnie wracają do swoich zajęć - bez zarzutów. Zupełnie bez sensu wprowadzony wątek Roberta Graya...
3. 20.04.2009, 17:46:06 wojciech napisał:
Oj, dzieciaki ! Największym mistrzem horroru jest nie King, a Peter Straub. Odsyłam do książek : "Kraina Cieni" , "Upiorna opowieść",
"Zaginiony, zaginiona", "Pan X" - przeczytacie, zrozumiecie o czym mówię!
4. 19.06.2009, 14:04:13 Peter Straub napisał:
Nie zgodze sie z Toba wojciechu, ale nie w 100%. Osobiscie uwazam, ze King jest uwazany za mistrza horroru glownie przez swoje ksiazki, tudziez popularnosc. Natomiast niewatpliwie znalazloby sie wiele innych rownie dobrych, a nawet lepszych autorow, z tym ze nie latwo jest dorownac "popularnosci" Kinga, a co za tym idzie nie slyszymy o nich... Dlatego mysle, ze najwiekszego mistrza nie ma, a sa jedynie warci polecenia autorzy:)
5. 28.06.2009, 09:46:54 Michu napisał:
Panowie, panowie...
Bezsprzecznie mistrzem gatunku jest nie kto inny, jak tylko Graham Masterton... Kto czytal, wie oczym mowie
Pozdrawiam
6. 31.08.2009, 07:36:10 Kudłaty napisał:
King jest mistrzem.
A jeśli kogoś przeraża grubość książki (5,5 cm :)) to polecam wydanie w oryginale - ma tylko 3,5 cm :)
Pozdrawiam i gorąco polecam.
7. 08.12.2009, 21:20:01 Artur napisał:
Ewa!!! Dziewczyno ostrzegaj przed spojlerami!!!! Jest w połowie książki a Ty właśnie zepsułaś mi zakończenie!!!!! Trochę kultury ludzie!
8. 09.12.2009, 08:43:12 bert napisał:
Słuszna uwaga. Proszę, uważajcie w przyszłości na spoilery w Waszych komentarzach, odpowiednio je oznaczajcie. Jeśli zauważę coś podobnego w przyszłości, jako Wasz ukochany administrator ;) pozwolę sobie wyedytować i odpowiednio oznaczyć oryginalny komentarz. Tymczasem oznaczam komentarz Ewy ostrzeżeniem przed spoilerami.
Myślcie, moi drodzy!


KOMENTARZE