28 listopada 2004

„Wielkie drzewa: Reaktywacja”

autor: Robert "Bert" Siata | czytano: 3878 razy | komentarze: 0 | opublikowano w: Załoga G.pl

Druga część cyklu Yggdrasill była najbardziej wyczekiwaną przeze mnie książką fantastyczną tego roku. Nawet mroczne widmo nadciągającej Achaji nie zdołało przyćmić wydarzenia, jakim było dla mnie otwarcie paczki, którą znalazłem w skrzynce pocztowej. Pierwsza część niesamowitej powieści sf skończyła się zdecydowanie za szybko, wydawnictwo Runa kazało nam czekać na drugą część rok. Czy warto było czekać?

Wielkie Drzewa wystrzeliły w niebo, zmieniając na zawsze oblicze Ziemi. Kosmiczne megastruktury - efekt wieloletniej pracy zespołu genialnych naukowców pod kierownictwem charyzmatycznej Helen Bjorg - w zamierzeniu miały zniszczyć Ziemię i unicestwić jej mieszkańców. Stało się jednak inaczej. Ludzie przystosowali się do nowych warunków szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Drzewa zostały skolonizowane, ludzie zamieszkali w odseparowanych od siebie segmentach. Segmentach, które potrafią różnić się od siebie w każdym szczególe, począwszy od języka, jakim porozumiewają się ich mieszkańcy, na stopniu rozwoju technologicznego kończąc.

Kosmiczne ziarna

Bohaterów Uśpionego Archiwum pożegnaliśmy w dramatycznych okolicznościach. Plotki o wskrzeszeniu Helen Bjorg i obserwacje zmieniającego się świata spowodowały, że Thomas Farquahart wraz z agentem Ruchu na rzecz Odnowy Gerardem von Kloskym opuścili New Chesire, rodzinny segment Thomasa, i udali się w podróż na Ziemię. Wpierw należało jednak dotrzeć do Małej Marsylii w segmencie Azurre, gdzie miał czekać umówiony anhelowski transport. W towarzystwie Bei, mannekena Noela Kreuffa oraz przewodnika Uxa dotarli do miasta tylko po to, aby wpaść w środek konfliktu zbrojnego. Kiedy zdrajca Ignacio de Moher został otoczony przez Anhelosów, całe wspomniane towarzystwo znajdowało się na kodze konfratrii Cefeis. Jak się okazało, był to niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności. Zdrajca bowiem nie zamierzał się poddać. Otworzył węzeł, segment został rozszczelniony, a jego mieszkańcy wypchnięci w pustkę Kosmosu.

Ciemność i oślepiające światło na przemian - tym przede wszystkim okazało się Drzewo, które Thomas Farquahart po raz pierwszy w życiu oglądał z zewnątrz. Kilimem utkanym z cienia i blasku, niekończącą się panoramą malowaną jaskrawymi grzbietami konarów oraz migotliwą siecią innych zupełnie nieznanych mu struktur...

Kosmiczne Ziarna, podobnie jak poprzednia część cyklu Yggdrasill, zachwyca rozmachem wizji. Drzewa, zniszczona Ziemia, opisy segmentów, pojazdów, budynków, wynalazków - świat opisywany przez Podrzuckiego zachwyca. Wraz ze starymi i nowymi bohaterami trafimy na Dół, czyli na zniszczoną Ziemię, poznamy technologicznie zaawansowany Wierzchołek, wrócimy do New Chesire. Ech, chciałbym Wam tyle napisać o fabularnych pomysłach autora i o miejscach, które przyjdzie wam odwiedzić, ale przecież zepsułbym całą przyjemność płynącą z lektury.

ilustracja (c) Wawrzyniec Podrzucki

rys. © Wawrzyniec Podrzucki

Inaczej, niż w przypadku pierwszej części, tym razem nie będziemy podróżować z jedną grupą bohaterów. Akcja dzieje się równolegle w kilku miejscach, powieść rozbija się na wątki, kolejne rozdziały opowiadają inne historie, zdarzenia splatają się ze sobą, by w kolejnym rozdziale bohaterowie spotkali się ponownie. Poznamy członków tajemniczego Synodu, uciekiniera z Wierzchołka - lekarza Livansky'ego, Hannibale Remmuerisha, który dzieki nowo otrzymanemu ciału mannekena będzie próbował odkupić winy Ramireza, policjanta Dragana Kutshebę, szefa VII Komendatury. To oczywiście nie koniec - zdradzając nazwiska pozostałych, powiedziałbym jednak zbyt wiele...

Podobnie, jak poprzednim razem, powieść napisana jest wyśmienicie. Trzyma w napięciu, śmieszy tam, gdzie powinna, zachwyca opisywanymi krajobrazami. Techniczne i futurystyczne neologizmy nie przeszkadzają. Autor po raz kolejny udowadnia, że jest niekwestionowanym liderem w pisaniu przygodowej powieści fantastyczno - naukowej z prawdziwego zdarzenia. Takiej, w nazwie której przymiotnik naukowy pojawia się nieprzypadkowo i jest w pełni uzasadniony. Jednocześnie twórczość Wawrzyńca Podrzuckiego diametralnie różni się od prozy Dukaja. I bardzo dobrze.

Owszem, można się do czegoś przyczepić. Bohaterowie mają niesamowite wręcz szczęście. Szczęśliwe zbiegi okoliczności mnożą się w zaskakującym tempie. Przykładem niech będzie prawdziwie cudowne odnalezienie von Kloskyego w czeluściach Cytadeli czy świetnie zgrane czasowo spotkanie w... ekskrementach. I jeszcze jeden minus: powieść jest zbyt krótka. Ja chcę więcej!

Warsztatowo powieść stoi na wysokim poziomie. Redakcja tekstu wyśmienita, co oznacza brak błędów. Wydawnictwo Runa trzyma wysoki poziom - brawo!

Jako ciekawostkę powiem jeszcze, że całkiem spory fragment powieści możecie przeczytać sięgając po opublikowane w wydaniu specjalnym magazynu Fantastyka (nr 1, zima 2003) opowiadanie Podarek. Inny fragment znajdziecie na stronach wydawnictwa Runa.

Podsumowując: rewelacyjna powieść, zdecydowanie warta wydanych na nią pieniędzy. Logo Załogi G, które znajdziecie na tylnej okładce, znalazło się tam nieprzypadkowo. Polecam gorąco.

- Jasne, nie możemy tu szczeznąć - parsknął Farquahart. - Przecież czeka na nas tyle nowych tragedii do wywołania.

- O tak, nieszczęścia to chyba nasza specjalność...

Wkrótce Mosty Wszechzieleni - ostatnia część cyklu. Czekam z niecierpliwością. ■

~ do góry ~

Dodaj swój komentarz

Twoje dane

Twój komentarz

Zabezpiecznie: wpisz za pomocą cyfr...

~ do góry ~